Promotorzy Judeizacji Polski wypowiedź profesora Bogusława Wolniewicza
Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) – filozof i logik, twórca ontologii sytuacji, tłumacz i komentator Ludwiga Wittgensteina.
Publicysta i felietonista Naszego Dziennika, Najwyższego Czasu! oraz częsty gość Telewizji Trwam i Radia Maryja. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke[1].
Spis treści[ukryj]
1 Życie
2 Myśl
2.1 Poglądy metafilozoficzne
2.2 Teologia
2.3 Aksjologia
2.4 Filozofia prawa
3 Wpływ
4 Wybrane pisma
5 Bibliografia
6 Przypisy
7 Linki zewnętrzne
//
Życie [edytuj]
Bogusław Wolniewicz urodził się 22 września 1927 w Toruniu. Naukę w polskiej szkole powszechnej rozpoczął w 1934. Wojna nie przerwała jego edukacji, gdyż już od listopada 1939 uczył się w niemieckiej szkole powszechnej dla Polaków. W 1941 rozpoczął pracę w przedsiębiorstwie budowlanym Hermanna Klechowitza, uczęszczając jednocześnie do powiązanej z tym przedsiębiorstwem Berufsschule. Od 1945 uczył się w Liceum im. Królowej Jadwigi, egzaminy maturalne zdając w 1947.
W latach 1947-1951 studiował na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Do jego nauczycieli należeli Tadeusz Czeżowski, Henryk Elzenberg, Tadeusz Szczurkiewicz i Kazimierz Sośnicki. W 1951 został magistrem filozofii, promotorem jego pracy magisterskiej Krytyka subiektywnego idealizmu w "Materializmie i empiriokrytycyzmie" W.I. Lenina był Czeżowski. Następnie pracował jako zastępca asystenta, a później asystent w Katedrze Logiki UMK. W 1953 na skutek braku swobody badań filozoficznych porzucił karierę akademicką, podejmując pracę w Wydziale W-8 Zakładów Cegielskiego (Poznań), Instytucie Budownictwa Wodnego PAN (Gdańsk), w Wojewódzkiej Radzie Związków Zawodowych oraz w jednym z Państwowych Gospodarstw Rolnych.
Zmiany polityczne w PRL w 1956 przywitał z entuzjazmem - w 1956 powrócił do pracy naukowej i na fali zadowolenia z przemian wprowadzonych przez Władysława Gomułkę wstąpił do PZPR, której członkiem (mimo niechęci wobec rządów Gierka) pozostał do 1981. Pracę podjął w 1956 w Katedrze Filozofii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku. W 1962 został doktorem nauk humanistycznych, na podstawie rozprawy Semantyka języka potocznego w nowej filozofii Wittgensteina, pisanej pod kierunkiem Czeżowskiego i receznowanej przez Izydorę Dąmbską i Henryka Elzenberga.
W 1963 z inicjatywy Adama Schaffa został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. W 1967 został docentem nauk humanistycznych w zakresie filozofii na podstawie pracy Studia nad filozofią Wittgensteina, recenzowanej przez Tadeusza Kotarbińskiego, Adama Schaffa, Romana Suszkę i Petera Geacha. Od 1968 pracował jako docent etatowy w Katedrze Filozofii UW. Od 1969 był kierownikiem Zakładu Filozofii, dwa lata później rezygnując ze stanowiska.
Od końca lat 60. stał się dość znany za granicą. W 1967 na Uniwersytecie w Chicago (jako visiting associate professor) prowadził wykład trymestralny z ontologii rzeczy i faktów. W tym samym roku wygłaszał odczyty na Uniwersytecie Bostońskim i Uniwersytecie Cornella. W 1968 był jednym z czterech referentów Kolokwium Wittgensteinowskiego Międzynarodowego Kongresu w Wiedniu. W 1970 wygłosił odczyty na Uniwersytecie Moskiewskim. W 1972 na filadelfijskim Uniwersytecie Temple prowadził jako visiting professor wykład semestralny z filozofii społecznej oraz seminarium z filozofii Wittgensteina. W 1975 wygłosił na Uniwersytetach w Cambrdge i Leeds odczyty o języku i kodach oraz o regule Hume'a, na zaproszenie dziekana Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu w Cambridge.
Na profesurę czekał długo - została mu ona przyznana dopiero 1982 przez władze okresu stanu wojennego, nieoczekiwanie dla niego. Profesorem zwyczajnym został osiem lat później. W roku 1989 przeszedł z Zakładu Filozofii do Zakładu Filozofii Religii, którego kierownikiem został dwa lata później. Zakładem Filozofii Religii kierował do 1998. W 1997 przeszedł na emeryturę, nadal jednak prowadząc zajęcia - w 1998 Rada Naukowa Wydziału Filozofii i Socjologii UW nie przedłużyła mu jednak umowy o pracę. Poświęcił się odtąd pracy naukowo-badawczej. Swoje poglądy na zagadnienia społeczno-polityczne popularyzuje w środkach masowego przekazu, m.in. w Radiu Maryja i Telewizji Trwam. W pierwszym semestrze roku akademickiego 2008/2009 powrócił jednak do IF UW i wygłosił wykład monograficzny. Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2005 startował w wyborach parlamentarnych z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie uzyskał mandatu poselskiego. W 2006 wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji".
Myśl [edytuj]
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy "wielkich myślicieli", m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.
Poglądy metafilozoficzne [edytuj]
Według Wolniewicza filozofia nie jest nauką, nie jest też jednak jałowa poznawczo i ma charakter wiedzy - nie każda wiedza ma bowiem charakter naukowy, nie jest nauką także np. historia czy postępowanie sądowe. Filozofia jest próba racjonalnego ujęcia tych zagadnień, w których nie istnieje wiedza o charakterze naukowym. Uzupełnia luki w wiedzy w dziedzinach, których nie objęła nauka w danym momencie historycznym, ale też ze względu na zmiany warunków życia społecznego jej zadania nigdy się nie wyczerpują. Przeciwnie, wraz zamętem w życiu społecznym współczesności rola filozofii stale wzrasta.
Filozofa ma charakter poznania zdroworozsądkowego: wysławia te tezy, do których dojść mógłby każdy człowiek za pomocą zdrowego rozsądku, zastanawiając się przy tym odpowiednio głęboko. Nie ma w niej więc rzeczy odkrywczych, występują jedynie rzeczy oczywiste, poddane jednak przy tym logicznemu porządkowi. Logika przybliża filozofię do nauki, nie chodzi tu jednak wyłącznie o dostarczanie filozofii narzędzi formalnych, ale o dostarczanie filozofii narzędzi do tworzenia myśli jasnych, co z kolei umożliwia odróżnienie prawdy i fałszu w całym poznaniu o pozanaukowym charakterze.
Mimo że potrzeba filozofii w świecie współczesnym rośnie, współczesny stan kultury filozoficznej jest zły. Charakterystyczny jest dla niej kontrast między bogactwem piśmiennictwa filozoficznego a ubóstwem idei - Wolniewicz nazywa to pozbawione istotnych idei piśmiennictwo filozoficzne "filozoficzną makulaturą". Odróżnia od niej "filozoficzną literaturę", w skład której wchodzi "filozofia antykwaryczna", badająca ewolucję idei i związki między nimi przy braku zainteresowania rzeczywistą wartością omawianych poglądów oraz "filozofia merytoryczna", w dążeniu do prawdy starająca się rozjaśnić realne problemy epoki. Filozofia akademicka nie jest przy tym jedyną możliwością "filozofii merytorycznej", równie istotna jest tu twórczość eseistyczna i literacka, pomagająca w przezwycięzeniu dominującego w filozofii akademickiej antykwaryzmu.
Filozofia merytoryczna dzieli się przy tym na dwa przeciwstawne nurty: filozofię hermeneutyczną i filozofię analityczną. Według filozofii hermeneutycznej zadaniem filozofii jest odsłonięcie sensu bytu i wszechrzeczy, do czego środkiem jest umiejętność głębokiego wczucia się w filozofię dawną oraz elokwencja umożliwiająca wywołanie tych samych odczuć u innych ludzi - Wolniewicz jest krytyczny wobec "filozofii hermeneutycznej", uznając ją za rodzaj nowej gnozy, formę skrajnego irracjonalizmu. Filozofii hermeneutycznej przeciwstawia się filozofia analityczna, uznająca istnienie obiektywnej prawdy i zdolność ludzkiego rozumu do jej odkrycia. Podział na racjonalizm (współcześnie reprezentowany przez filozofię analityczną) i irracjonalizm (współcześnie reprezentowany przez filozofię hermeneutyczną) Wolniewicz krzyżuje z podziałem filozofii na naturalizm, widzący w człowieku część przyrody, a wprzyrodzie ogół bytu, oraz antynaturalizm (transcendentalizm), głoszący istnienie rzeczywistości pozaprzyrodniczej. Przykładem racjonalistycznego naturalizmu może być pozytywizm, antynaturalistycznego racjonalizmu wczesna filozofia Wittgensteina, naturalistycznego irracjonalizmu New Age i freudyzm, antynaturalistycznego irracjonalizmu fenomenologia i egzystencjalizm. Sam Wolniewicz uważa się za racjonalistę i antynaturalistę.
Teologia [edytuj]
Idee teologiczne w myśli Wolniewicza zawarte są przede wszystkim w jego artykule Krytyka teodycei u Bayle'a (Filozofia i wartości II). Artykuł ten zawiera polemikę z poglądami Pierre'a Bayle'a na zagadnienie teodycei. Klasyczna teodycea mówiła, że dobroć i wszechmoc Boga są możliwe do pogodzenia, jako że zło nie jest dziełem boskim, ale ludzkim - człowiek zaś by czynić dobro, musi być wolny, a skoro jest wolny musi móc czynić także zło. Bayle argumentował przeciw klasycznej teodycei twierdząc, że choć wolność implikuje możliwość zła, nie implikuje jednak jego konieczności, zło jest więc do unikniecia nawet przy założeniu wolności ludzkiej.
Poszukując racji mogących obalić zasadność argumentacji Bayle'a, Wolniewicz odwołuje się do niestandardowych pojęć modalnych zaczerpniętych z logiki megarejskiej. Jej reprezentant Diodor Kronos przedstawił prospektywne rozumienie możliwości, definiując to, co możliwe jako to, co jest tu lub będzie. Takie pojęcie możliwości nie jest jeszcze wystarczające dla przeciwstawienia się argumentacji Bayle'a przeciw teodycei w zgodzie z teologią, dopuszcza bowiem to, że zgrzeszą w przyszłości także zbawieni - Wolniewicz konstruuje więc nieco inną definicję możliwości, którą nazywa "pseudo-Diodorową". Według tej definicji to, że coś może się zdarzyć znaczy, że coś podobnego już się zdarzyło lub zdarzy się w przyszłości. Przy takiej definicji możliwości klasyczna teodycea jest sprawna logicznie i nie podlega wystosowanej prze Bayle'a krytyce.
Aksjologia [edytuj]
W dziedzinie aksjologii Wolniewicz jest kontynuatorem Henryka Elzenberga, przy czym choć przyswaja sobie wiele jego zasadniczych idei, przekształca je i inaczej je formułuje. Aksjologię Elzenberga stara się przekształcić w duchu obiektywizmu i racjonalizmu. Za Elzenbergiem całą aksjologię dzieli na formalną i merytoryczną, tą pierwszą ujmując za pomocą aparatu pojęciowego semantyki możliwych światów i ontologii sytuacji. Aksjologia formalna formułuje dotyczące wartości sądy hipotetyczne. Odpowiada na pytania o to, czym wartości są (logika i metafizyka wartości), jak je rozpoznawać (epistemologia wartości) i jaki wpływ wywierają na ludzi (antropologia wartości). Aksjologia merytoryczna posługuje się sądami kategorycznymi w których przypisuje określone wartości określonym przedmiotom.
Dążąc do prostoty systemu Wolniewicz wszystkim wartościom przypisuje jedną kategorię ontyczną - spośród najczęściej wyróżnianych kategorii ontycznych przedmiotów (rzecz, stan rzeczy, proces, zdarzenie, cecha, relacja) wartości są (możliwymi) stanami rzeczy.
Filozofia prawa [edytuj]
Filozofia prawa Wolniewicza to przede wszystkim przynależąca do filozofii kultury refleksja nad miejscem prawa w cywilizacji europejskiej, której wynikiem są jego poglądy na kwestię kary głównej. Prawo rzymskie jest według Wolniewcza trzecim po naukowym poglądzie na świat i religii chrześcijańskiej fundamentem europejskiej cywilizacji. Dla prawa rzymskiego fundamentalna jest z kolei zasada sprawiedliwości sformułowana przez Cycerona i Ulpiana suum cuique tribuere ("oddać każdemu to, co mu się należy"). Sprawiedliwość nie jest w tej zasadzie sformułowana utylitarnie, tj. jako zespół korzyści, jakie można odnieść stosując się do jakichś zasad, ale obiektywnie, odwołuje się ona bowiem do zewnętrznego ładu moralnego. Przestępstwo jest naruszeniem tego ładu, kara zaś jego przywróceniem. Ze względu na obiektywność moralnego ładu świata sprawiedliwa kara może zależeć wyłącznie od stopnia winy: nie może zależeć od żadnych zewnętrznych korzyści, które ewentualnie można by odnieść z podniesienia lub zmniejszenia kary w sposób nieadekwatny do winy. Kara nie jest więc żadnym rodzajem zemsty, które społeczeństwo wywiera na przestępcy, gdyż zemsta jedynie potęguje poniesione krzywdy - jest natomiast słusznym odwetem, który te krzywdy wyrównuje, niezależnie jednak od partykularnych korzyści i strat, które ktoś mógłby przy tym odnieść.
Według Wolniewicza inne niż oparta na rzymskiej zasadzie sprawiedliwości koncepcje kary pojawiły się w (szczególnie ostro przez niego krytykowanej) kulturze Oświecenia. Wyróżnia przy tym dwie takie koncepcje (zbliżone do własnej określając jako koncepcję retrybucyjną): prewencyjną, według której karanie jest przede wszystkim środkiem zapobiegania przestępstwom oraz korekcyjną, według której funkcją kary jest wychowanie i resocjalizacja. Obie te koncepcje stoją w sprzeczności z rzymską zasadą sprawiedliwości, jako że przypisują karze funkcje utylitarne i zrywają z zasadą ścisłej odpowiedniości między winą a zależącą wyłącznie od niej karą. Koncepcje prewencyjna i korekcyjna sprzyjają więc zniesieniu kary śmierci ("abolicjonizm"), koncepcja retrybucyjna sprzyja natomiast jej utrzymaniu ("rygoryzm"). Dla abolicjonistów najwyższą wartość stanowi życie ludzkie, w związku z czym należy chronić je za wszelką cenę, dla rygorysty największą wartością jest natomiast człowieczeństwo, w związku z czym postępowanie, które przekracza jego granice musi być karane śmiercią jako jedynie adekwatne do winy.
Wolniewicz uważa, że pojawiający się współcześnie często sprzeciw wobec kary śmierci jest wynikiem kryzysu kultury europejskiej jako całości. Istotą prawa jest pozytywna wiara w słuszność zasad, "prawa żywe" które przyświecają społeczeństwu: uwiąd tej wiary i niechęć do obrony społecznego porządku czyni prawo martwym, pozbawionym realnego znaczenia dla ludzi papierowym zapisem. Uwiąd świadomości prawnej społeczeństwa prowadzi do uwiądu chęci walki ze złem, zwątpienia w porządek moralny i w konsekwencji tryumfu zła. Zdaniem filozofa najbardziej prawdopodobną konsekwencją takiego stanu rzeczy są narodziny nowego totalitaryzmu.
Wpływ [edytuj]
Do bezpośrednich uczniów Wolniewicza należą jego doktoranci - Zbigniew Musiał, Ulrich Schrade, Beata Witkowska-Maksimczuk; magistranci - Agnieszka Nogal, Paweł Okołowski, Klaudiusz Suczyński; wieloletni uczestnicy seminariów Wolniewicza - Jan Zubelewicz, Jędrzej Stanisławek. Osoby te kontynuują i rozwijają prace Wolniewicza i jego styl uprawiania filozofii.
Pod znacznym wpływem Wolniewicza pozostawali nie tylko jego najbliżsi uczniowie, ale też wielu z najważniejszych filozofów i logików polskich. Należał do nich zwłaszcza Roman Suszko, którego prace logiczne powstały pod znacznym wpływem filozoficznej interpretacji Wittgensteina dokonanej przez Wolniewicza, zawartej zwłaszcza w pracy Rzeczy i fakty. Owocem tej inspiracji jest logika niefregowska, jedno z najważniejszych osiągnięć powojennej logiki polskiej. Uczniem Suszki i współpracownikiem Wolniewicza jest logik Mieczysław Omyła, kontynuujący tak logiczne, jak i ontologiczne prace Suszki i niejednokrotnie odwołujący się do Wolniewiczowskiej ontologii sytuacji. Ontologia sytuacji inspiruje także dotyczące krat warunkowo dystrybutywnych prace matematyczne Jana Zygmunta i Jacka Hawranka. Prace Wolniewicza spotkały się z zainteresowaniem także filozofów i logików zagranicznych, o czym świadczy np. wiele recenzji jego prac anglojęzycznych w "Mathematical Review".
Bogusław Wolniewicz jest znany także jako znakomity wykładowca. Jego wykłady i seminaria cieszą się zawsze niezwykle wysoką frekwencją. Wolniewicz występuje często także w prasie codziennej, radiu i telewizji. Oddziaływanie znajdują w ten sposób tak jego poglądy na filozofię teoretyczną, w tym recepcja Wittgensteina w kulturze polskiej, jak i na filozofię praktyczną, w tym zagadnienia związane z bieżącymi sprawami społeczno-obyczajowymi. Wielu bezpośrednich uczniów i studentów Wolniewicza pracuje w środkach masowego przekazu i w różnym stopniu utożsamiając się z jego ideami, przekazuje je dalej.
Krytyka Woniewicza dotyczy w dużej mierze jego przekonań społecznych, politycznych i obyczajowych. Wychodzi ona głównie od zwolenników liberalizmu politycznego i obyczajowego, a także od ruchu przeciwników eutanazji. W dyskursie publicznym z krytyką spotkał się także ekspresyjny sposób wypowiedzi Wolniewicza (np. stosowanie takich terminów jak "półinteligent", "neokanibalizm" czy "mengelizm" na określenie przeciwników światopoglądowych). Spośród filozofów z krytyką Wolniewicza, nie tylko na łamach prasy specjalistycznej, ale także codziennej wystąpili m.in. Jacek Jadacki, Jacek Hołówka i Andrzej Bogusławski.
Wybrane pisma [edytuj]
Rzeczy i fakty. Wstęp do pierwszej filozofii Ludwika Wittgensteina (z fragmentem Platońskiego "Teajteta" w nowym przekładzie i z komentarzem Profesora Henryka Elzenberga), Warszawa, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1968.
Ontologia sytuacji: podstawy i zastosowania, Warszawa, Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości: rozprawy i wypowiedzi: z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics: studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa, "Znak, Język, Rzeczywistość", Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Bibliografia [edytuj]
Sławomir Kalembka (red.), Pracownicy nauki i dydaktyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika 1945-1994. Materiały do biografii, Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 1995
Mieczysław Omyła (red.), Skłonność metafizyczna. Księga pamiątkowa Bogusławowi Wolniewiczowi w darze, Warszawa 1997 [tam pełna bibliografia prac Bogusława Wolniewicza do roku 1998]
Mieczysław Omyła, Ulrich Schrade, Bogusław Woniewicz, w: Witold Mackiewicz, Polska filozofia powojenna, t. 2, Warszawa 2001
Wednesday, June 3, 2009
Sunday, May 10, 2009
MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy
MAREK GRECHUTA - Dni ktorych nie znamy
Nie pytam, ile mi zapłacą
Nasz Dziennik, 2009-05-09
Z Olgierdem Łukaszewiczem, aktorem filmowym i teatralnym, odtwórcą roli generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" w filmie Ryszarda Bugajskiego "Generał "Nil"", prezesem Związku Artystów Scen Polskich w latach 2002-2005, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak to się stało, że Pana ojciec znalazł się w Taszkiencie?
- W roku 1847 mój przodek Mieczysław Łukaszewicz został zesłany wyrokiem sądu w Mińsku (Białoruś) do twierdzy w Orenburgu - za przechowywanie listów generała Mierosławskiego. W ten sposób losy rodziny związały się z tamtymi terenami. Mój ojciec wychowywał się w Taszkiencie. Gdy wybuchła rewolucja, cała rodzina uciekła do Polski. Stąd też wzięły się moje zainteresowania losem XIX-wiecznych zesłańców. To właśnie im i ich następcom z lat 40. XX wieku poświęciłem swój spektakl na placu Teatralnym w Warszawie pt. "Zaduszki Narodowe 2000".
Pana rodzice poznali się podczas okupacji?
- Tak, w Warszawie w 1942 roku. Mama pochodziła z Kamieńca Podolskiego. Gdy była niemowlęciem, jej rodzice w 1920 roku, uciekając z Kresów, osiedlili się w Lesznie pod Warszawą. Rodzina była związana z przemysłem cukrowniczym. To generacja opisana przez Iwaszkiewicza w "Sławie i chwale".
Ale urodził się Pan na Śląsku...
- Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie. W Wilnie ojciec studiował medycynę, którą skończył w 1932 roku. Później znalazł się w Warszawie. Krąg jego wileńskich znajomych odegrał ważną rolę w naszym domu. Rodzina ze strony ojca jest spokrewniona z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem, jego matka była z domu Łukaszewicz, a także z Billewiczami, więc w jakiś sposób ponoć z Józefem Piłsudskim. Warszawa, niestety, była miejscem, do którego przez wiele lat musiałem się psychicznie "przyszywać", wżywać w historię tego miasta. Nie czułem się jej pełnoprawnym obywatelem, choć tu urodził się mój starszy brat.
Czy ktoś przed Panem zajmował się w rodzinie aktorstwem?
- Nie. Znam swoje drzewo genealogiczne od początku XVIII wieku. Nic mi nie wiadomo o żadnych artystycznych tradycjach w tej rodzinie.
Dom Pana rodziców był otwarty na sztukę?
- Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach. Kiedy narodziły się w nas, tzn. we mnie i w Jerzym, moim bracie bliźniaku, zainteresowania artystyczne, to trudno powiedzieć. U mnie rozwijało się ono gdzieś bardzo wcześnie, była to chęć występu i recytacji. Pamiętam, że sam organizowałem kabareciki i teatrzyki w szkole, a brat miał już w ręku kamerę filmową. Dziś Jerzy Łukaszewicz jest operatorem filmowym, doktorem na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Filmowym, napisał podręcznik do nauki dla operatorów filmowych, jest także autorem zdjęć do "Doliny Issy", "Seksmisji", "Vabanków" oraz reżyserem filmu "Faustyna" o św. siostrze Faustynie Kowalskiej. Nasze pasje rozwijały się więc jakoś bliźniaczo, chociaż nie jesteśmy dosłownie bliźniakami, tylko dwojakami.
Ale jest między Panami podobieństwo fizyczne?
- Kiedyś było, bo mylili nas nawet koledzy po fachu. Ale brat działa zawsze z drugiej strony kamery, więc był incognito. W "Soli ziemi czarnej" gra brata, który pierwszy ginie.
Brat zagrał tylko raz?
- Tak.
Nie miał zamiłowania do aktorstwa?
- Nie, broń Boże, jego to zawsze, szczerze mówiąc, denerwowało. Gdy w dzieciństwie "odprawialiśmy" Mszę Świętą, bo wcześnie zostaliśmy ministrantami, wszelkie próby teatralizacji, które ja koniecznie chciałem wprowadzać, tj. np. malowanie i wycinanie ornatu, jemu bynajmniej nie były potrzebne.
A co Pana pociągało w aktorstwie?
- Tego nie wiadomo, bo to jest forma zaspokojenia siebie, wyżycia się, albo jak ktoś inny pięknie powie, samorealizacji. Bo jeżeli chłopak, powiedzmy, 15-letni zamyka się w małym pokoju i czyta na głos poezję, to znaczy, że ma jakiegoś fioła na ten temat. Wszelkie pytania typu: "dlaczego chcesz zostać, młody człowieku, aktorem", są nieuzasadnione, a bywają stawiane w szkołach teatralnych. Jeżeli je serio potraktować, to żaden z pytających nie wie, dlaczego ktoś chce być aktorem. Jednego pociąga możliwość przebierania się i poczucie, że mówi w imieniu kogoś innego - znamy wielu aktorów, którzy w życiu są bardzo nieśmiałymi ludźmi, milczącymi, po których nikt by się nie spodziewał, że rozkwitają fantazją, wyobraźnią wtedy, kiedy przychodzi do budowania jakiejś postaci i kiedy mówią cudzym tekstem, bywają wówczas olśniewający. Jeden lubi bardziej przedstawiać, inny znów spowiadać się, mówić jakby w imieniu swojego wnętrza: to ja jestem tą postacią, to ja, to ja. Są kandydaci, którzy cenią słowo i chcą recytować, a są tacy, którzy wychodzą od ruchu, gestu, tonu głosu, czyli od pewnego wyczucia formy, a nie od tego, co chcą powiedzieć.
Jak jest w Pana przypadku, w czym najlepiej się Pan czuje?
- Zdecydowanie determinowało mnie słowo, to, co chcę powiedzieć, ale to nie oznacza, że eksperymenty były mi obce. Bo już na przykład na egzaminie wstępnym do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie mówiłem w bardzo stylizowany sposób fragment z "Wojny trojańskiej" Jana Parandowskiego dotyczący pojedynku Achillesa i Hektora. Spowodowało to, że komisja zadała mi inne formalne ćwiczenia. Miałem powiedzieć ten tekst, tak jakbym był sprawozdawcą meczu sportowego, a później jakbym błagał o życie. Słowo staje się wówczas służebne w stosunku do głównej, założonej sytuacji, to decyduje właściwie o aktorstwie. Były też chęci widzenia siebie w innych postaciach. Jako dziecko często przebierałem się w ciuchy matki i ojca i opowiadałem o sobie niestworzone historie. I wie pan, z perspektywy lat zostaje gdzieś właśnie z dzieciństwa taka chęć konfabulacji, a jednocześnie spowiedzi, przedstawiania siebie światu jakby innym. Bardzo ciekawą refleksją podzielił się kiedyś Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński. Na pytanie, co to jest miłość bliźniego, odpowiedział: "To jest powiedzieć: cieszę się, że jesteś inny". Dla mnie zespół aktorski to jest właśnie menażeria wrażliwości i inności. Tutaj te inności spotykają się ze sobą i dogadują. Mamy w ten sposób pewną sublimację tego, co jest w życiu naprawdę.
Obsadzany był Pan najczęściej w rolach amantów, wrażliwych i chorowitych młodzieńców. Denerwowało to Pana czy może dobrze się Pan czuł w tych wcieleniach?
- Przede wszystkim nie tylko były takie role, był ich szeroki wachlarz. Ale faktem jest, że grałem ludzi zawsze trochę takich wychylonych albo w jedną, albo w drugą stronę, na niepewnych nogach. Co to znaczy? Albo bardziej dziecinnych, infantylnych, bezbronnych, kruchych, wrażliwych i wręcz chorych, umierających, jak Stanisław z "Brzeziny", Franz w "Pułapce", narkoman w "Kapeluszu pełnym deszczu", tzw. wrażliwy morderca w przedstawieniu "Azyl", czyli ktoś, kto przez przypadek popełnił morderstwo. Albo złe postaci, jak faszyzujący Franzel w filmie "Magnat" Filipa Bajona czy doktor Kramer w "Dotkniętych" Wiesława Saniewskiego, lekarz psychopata cierpiący na brak uczuć. Były także i role komediowe, nie tylko Alberta w "Seksmisji", ale chociażby magnata gdzieś na Kresach w serialu "Przeprowadzki", którą potraktowaliśmy zdecydowanie parodystycznie i komediowo, czy rola w spektaklu "On czy nie on" w reżyserii Edwarda Dziewońskiego. Najmniej otrzymywałem ról mężczyzn mocno stojących na ziemi. Jednym z pierwszych tego typu zadań była rola apostoła Tomasza w "Wieczerniku" Ernesta Brylla, czyli pierwsza próba wyłamania się. Moja droga wynikła prawdopodobnie z konfrontacji z Danielem Olbrychskim w "Brzezinie" - on szedł swoją drogą sportową, a mnie radzono, żebym trzymał się tego swojego kruchego emploi, które jednak na dłuższą metę mężczyznę musi wyprowadzić na manowce. Ale mimo wszystko nie żałuję, bo to doprowadziło mnie w końcu do wspomnianej już roli Franza w "Pułapce" Tadeusza Różewicza. Tam jest dojrzały mężczyzna, ale taki kruchy, taki dziwny...
Lepiej czuje się Pan na deskach teatralnych czy na planie filmowym?
- W styczniu tego roku minęło 40 lat od mojego debiutu teatralnego. Debiut w filmie odbył się wcześniej, bo już na trzecim roku studiów aktorskich w 1967 roku. Była to rola w filmie "Dancing w kwaterze Hitlera". Został on jednak wyświetlony już właściwie po "Soli ziemi czarnej", po "Perle w koronie", ba, po "Romantycznych" Stanisława Różewicza, bo był trzymany przez cenzurę. Także mój prawdziwy debiut był już po tych pierwszych błyskach, które właściwie ustawiły mnie na całe lata. Patrząc na życie, które minęło, ciekawszy bilans przedstawia dorobek filmowy niż ten teatralny, gdzie odczuwam jakiś niedosyt propozycji, niedosyt grania. Mogę mieć jedyną satysfakcję, że to, co jest w filmie, to zostaje, a to, co w teatrze, choćby najpiękniejsze, ulatuje. Widziałem wiele wspaniałych kreacji wykonanych przez moich wielkich, wybitnych kolegów. Pozostał tylko żal, że ich nie ma teraz, bo teatr jest efemerydą.
Muszę zapytać Pana o "Seksmisję", bo stała się komedią kultową. Czym była dla Pana przygoda z tym filmem?
- Juliusz Machulski odcina się od wszelkich skojarzeń politycznych, ale przecież nie zaprzeczał im wtedy, kiedy te skojarzenia się narzucały. Dla mnie było jasne, że nie jest to rozprawa z płcią piękną, ale film o państwie totalitarnym.
Nie traktował Pan go również jako paszkwilu na feminizm?
- Nie, traktowałem to jako odreagowanie stanu wojennego, bo to są żarty ze stanu wojennego, tak to rozumiałem. W związku z tym może też zawęziłem pole dla własnej wyobraźni w tej roli. Może mogłem coś zagrać bardziej kabaretowo - zakpić ze wszystkich humanizujących ideologów, którzy mają jakieś zadania wobec ludzkości w przeciwieństwie do cwaniaka Maksa, który z ludzkością chce robić interes. Wydaje mi się, że Maks jest postacią bardziej żywą niż nieżyciowy Albercik, stanowiliśmy jednak dwa uzupełniające się bieguny.
Jest Pan typem romantyka?
- Zależy, co pod tym terminem się rozumie. Na pewno jestem idealistą, człowiekiem sentymentalnym, to znaczy takim, dla którego emocje odgrywają dużą rolę, umiem się poświęcić rzeczom niekoniecznie przynoszącym dochód. Dla samej radości działania, współdziałania z innymi. Ten temperament społecznika miałem od dzieciństwa, od roli przewodniczącego klasy, samorządu szkolnego, drużynowego harcerstwa, szczepowego...
...Na prezesie ZASP skończywszy?
- Tak. Ponieważ ZASP to było wyzwanie, które zrodziło się we mnie po pobycie w Niemczech. Zobaczyłem, że polscy aktorzy i twórcy teatralni nie mają partnera, z którym mogliby mówić, czym jest teatr, jak powinien być prowadzony, jakie powinny być zabezpieczone warunki dla twórczości. Mieliśmy okres, w którym samorządy z trudem wygospodarowywały środki na koszta stałe budynku, ale już nie na twórczość. Mówiono, że teatry same mają sobie zdobywać sponsorów. To jest jakieś przemieszanie pojęć, które trwa do dzisiaj, kiedy traktuje się dyrektora teatru jako pracownika samorządu w tych teatrach, które są marszałkowskie. Nie mówiąc już o reformie samego zarządzania ZASP, który udało się uratować od zapaści finansowej.
Dlaczego wyjechał Pan do Niemiec?
- Pod koniec 1988 roku wyjechałem do Austrii. Na wybory w 1989 roku przyjechałem jeszcze do Polski, na krótko przed podjęciem pracy w serialu "Z klaunami przyszły łzy" w telewizji bawarskiej. Wyjechałem, bo czułem, że coś się wokół mnie kończy, nie otrzymywałem takich ról, jakich oczekiwałem, być może byłem zbyt niecierpliwy. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, czym jest Europa, co by było, gdyby się tam żyło i mieszkało. To doprowadziło w konsekwencji po paru latach do tego, że z żoną, dzieckiem i psem wyjechałem na dłużej za granicę. Z doświadczeń zdobytych tam czerpię do dzisiaj.
Zastanawiał się Pan nad pozostaniem za granicą?
- Za dużo byłoby komplikacji życiowych dotyczących przede wszystkim córki, jej matury, ona by to przypłaciła dwoma, jeżeli nie trzema latami w życiorysie. Małżonka też nie bardzo chciała się aklimatyzować w tamtejszej rzeczywistości. Osobiście pobyt w Niemczech traktowałem trochę sportowo, by udowodnić sobie, że stać mnie będzie na to, żeby nauczyć się języka obcego i posługiwać się nim w sposób artystyczny. Udowodniłem sobie, że to potrafię. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem prezentować polską literaturę w tłumaczeniach Karla Dedeciusa w różnych miastach Niemiec. Niedawno otrzymałem order zasługi prezydenta Niemiec, uroczystość odbyła się w Teatrze Polskim. Pobyt za granicą był dla mnie niezwykłym doświadczeniem, zobaczyłem, czym są demokratyczne Niemcy, czym jest w ogóle demokracja, jaki jest poziom życia artystów, jak są finansowane teatry. Zostałem prezesem ZASP, ponieważ chciałem wiele cennych rozwiązań niemieckich wprowadzić w Polsce. Uważałem, że brakuje nam związku scen polskich utrzymującego teatry na wzór związku scen niemieckich.
Niech pan zauważy, że w latach komunistycznych był możliwy ruch artystów pomiędzy miastami. Teatry miały do dyspozycji mieszkania dla artystów i można było grać np. w Tarnowie, a potem w Poznaniu i w Warszawie. To był ruch z pożytkiem dla całego zjawiska kultury. Dzisiaj mamy związanie aktora z jednym miejscem, jest w tym coś niezdrowego, bo wędrówka jest istotą tego zawodu.
Stąd Pana pomysł na jeżdżenie z monodramami po Polsce?
- To zupełnie inna historia. To wyrosło jeszcze z lat 70., kiedy występowałem z programami poezji w domach kultury. Nie było nic innego, więc słuchano poezji. Zaowocowało to moją aktywnością podczas Dni Kultury Chrześcijańskiej i własnym teatrem opartym na "Psalmach" Dawida w przekładzie Romana Brandstaettera. To były czasy bojkotu, wtedy w bardzo wielu miejscach grałem te swoje psalmy. Spektakl ten po latach zrealizowałem również na terenie Niemiec.
"Wierna rzeka", "Brzezina", "Noce i dnie", "Lekcja martwego języka", "Karol, człowiek, który został Papieżem", wiele można wymieniać tytułów, gdzie stworzył Pan wspaniałe, niezapomniane kreacje. Które są dla Pana najważniejsze?
- Wolałbym raczej powiedzieć, o które z tych wymienionych tytułów bym się dzisiaj upomniał, a nie, które najbardziej lubię. Bo jednak czas mija, a okazuje się, że TVP Kultury nie stać na to, aby wznowić Teatr Telewizji. Nie rozumiem tego, przecież to są nasze zbiory. Za parę dni, 17 maja, będzie mój dzień w TVP Kultura i kiedy upomniałem się o role w sztukach, które przepadły, a przez lata były w Teatrze Telewizji, tj. np. spektakl o Jonathanie Swifcie, który kiedyś został doceniony Złotym Ekranem, powiedziano mi, że się nie da tych sztuk pokazać, że to za drogie. O "Lekcji martwego języka", w której grałem porucznika Alfreda Kiekeritza, powiedziano mi dodatkowo, że kupiło ją Ale Kino. Nie bardzo wiem, dlaczego TVP Kultura nie ma dostępu do tzw. skarbnicy naszego dorobku.
Kiedy zainteresował się Pan bardziej kinem historycznym?
- Pan jest naprawdę uprzejmy, mówiąc, że to ja się zainteresowałem, a to polega przecież na tym, że reżyser zaprasza do współpracy albo nie. Bardzo ciekawie było na przykład przy "Wiernej rzece", to był stan wojenny. Toczyliśmy rozmowy z Tadeuszem Chmielewskim, kto mógłby zagrać Salomeę. Wymienialiśmy różne osoby, plusy i minusy. A za chwilkę, po odłożeniu słuchawki, telefon. "Proszę pana - słyszę kobiecy głos - a o jaki film chodzi, w jakim filmie będzie pan grał?". Rozmowy były podsłuchiwane. O tym, że film będzie się w ogóle realizowało, zdecydował sam Mieczysław Rakowski, uchylając w ten sposób decyzję Jerzego Passendorfera, który pełnił funkcję wiceministra kultury i zawiesił jego produkcję jako filmu antyrosyjskiego.
Dlaczego Rakowski się zgodził?
- Rozmawiał z Krystyną Jandą. Gdy dowiedział się, że chce wyjechać z kraju, powiedział: "Dlaczego chce pani wyjeżdżać z kraju, to mogłaby być rola dla pani?". Ona na to, że właśnie tę produkcję zawieszono. Przy niej wykonał telefon do ministra i zmieniono decyzję. Przecież musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że uruchamia siły, które znowu mogą jak "Dziady" budzić skojarzenia antyradzieckie, bo film o Powstaniu Styczniowym jednoznacznie tego typu emocje budził, tym bardziej że Tadeusz Chmielewski uparł się, aby wróg nie mówił po polsku, tylko po rosyjsku, w swoim języku. Film oczywiście przeleżał ileś czasu, ale został zrealizowany. Muszę podkreślić, że nasze pokolenie aktorskie było w dużym stopniu formowane na tematach odnoszących się do tradycji narodowej, niepodległościowej. Cały idealizm mojego pokolenia czerpany był z XIX wieku. "Dziady" z Gogolewskim, Jasiukiewiczem w reżyserii Aleksandra Bardiniego stały się w 1956 roku wyłomem w Teatrze Polskim, były pierwszą jaskółką. Wyznaczały sposób naszego myślenia. "Dziady" z 1968 roku przyniosły już prawdziwy przełom. W XIX wieku znajdowaliśmy marzenie o niepodległej Polsce. Wiedzieliśmy, że poświęcić życie dla wolnej Ojczyzny jest słuszną sprawą. Tęsknić za nią wolno było, jednak do pewnego stopnia, byleby nie wspominać o tych, którzy działali przeciwko sowieckiej okupacji...
Tak jak legendarny dowódca Armii Krajowej, generał August Emil Fieldorf "Nil"...
- Taka postać jak Fieldorf budzi zdumienie swoją niezłomnością. Jego postawa wydaje się dla jednych postawą nieracjonalną, dla drugich sentymentalną, zbyt heroiczną, żeby była prawdziwa. A ona była prawdziwa. Myślę, że gdzieś w kręgu rodzinnym znałem tak bezkompromisowych i prostych w swoich decyzjach ludzi. Stąd było moje przekonanie, że bohater jest skromny, ma świat uporządkowany, racjonalnie ocenia szanse swojego przeżycia w tym niejednoznacznym jeszcze stalinizmie, o niejasnym, klarownym obliczu zła, tak jak nam się dzisiaj wydaje. I jeżeli ten film widzę, to wzrusza on właśnie niezwykłością tego człowieka. "Nil" dla Polski ryzykował wszystko. A czy my dzisiaj umiemy myśleć kategoriami wspólnoty, ponadpartyjnego interesu? Zdecydowanie nie. Jesteśmy w jakimś obłędzie wzajemnej licytacji, ponad wspólnym planem dla dobra wszystkich. A tu przede wszystkim trzeba zobaczyć drugiego człowieka...
Rola generała "Nila" jest dla Pana ważna?
- Stała się pretekstem do wielu własnych rozmyślań, dostałem ją przecież już po sześćdziesiątce. Z początku nie zdawałem sobie sprawy, jak pomnikowa jest ta postać. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczywa. Starałem się zobaczyć człowieka w dowódcy, który ogląda rzeczywistość z wielu pięter. Zna tych, którzy poszli jak kamienie rzucone na szaniec, aż po tych, którzy decydowali o historii w Londynie. Fieldorf okazał się nie romantykiem, który życie kładzie na szali, ale pragmatykiem, dowódcą wojskowym, który ocenia szansę powodzenia. Był świetnym logistykiem, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, stąd tyle jego udanych akcji. Są tacy widzowie, którzy oceniają ten film, mówiąc, że akcja faktycznie zaczyna się dziać od momentu zaaresztowania, ale spotykam też młodych ludzi, którzy mówią, że wstęp, który jest powolną opowieścią, buduje kontekst jego rodziny, wyobrażenia o normalności, świecie, który miał szanse jakiegoś rozwoju, ale który się zawalił. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, ponieważ słyszę dookoła od ludzi słowa uznania za podjęcie tematu, co się jednak niebezpiecznie nie przekłada na liczbę widzów. Mamy zupełnie nowy rodzaj dystrybucji, który polega na tym, że albo film chwyci od razu, albo w ciągu dwóch tygodni zostanie wycofany przez dystrybutorów i to nam niestety grozi, bo jest za mała frekwencja. Z wypowiedzi córki generała Fieldorfa wnioskuję, że akceptuje całe przesłanie filmu, to jak zafunkcjonował przynajmniej w opinii prasy i pierwszych widzów. Rozumiem, że zastrzeżenia dotyczące rozwiązań fabularnych uznała w tej sytuacji za drugoplanowe, cieszę się również, że doceniła moją pracę nad rolą.
Trudno nie docenić...
- Zadają mi pytania, czy spotkałem się z córką generała. Przede wszystkim za późno dowiedziałem się, że można by było, że jest, że żyje. Po drugie, na tym etapie wyobraźni, pracy nad sobą, bałem się takiego spotkania. Obawiałem się, że raptem będę starał się wywiązać z jakichś zobowiązań, usłyszę o jakiejś cesze generała, o sposobie noszenia się, bycia i zachęci mnie to do ilustrowania. A ja skupiłem się na tym, by zrozumieć sceny i nie przeaktorzyć, mając na względzie uwagę śp. Stanisława Różewicza skierowaną kiedyś do mnie: "Co pan tyle gra". I to się sprawdziło.
Ma Pan jakieś pasje pozaaktorskie?
- Niestety, całe moje życie jest ułomne o tyle, że ani mnie nie interesują ryby, ani wyścigi Formuły 1 czy mecze piłki nożnej. Wtedy jedynie, kiedy są jakieś narodowe zrywy, staram się zrozumieć reguły gry i dołączyć do wiwatujących kibiców. Wszystko było dosyć obłokowe w moim życiu i kręciło się w sferze sztuki. Za mało czytam, ciągle nie ma na to tak naprawdę czasu.
Takie życie w biegu?
- Ale życie rodzinne jakoś się ostało przez te 40 lat, wnuki mają niezwykle ważne miejsce w moim harmonogramie czasu. Mam ich dwoje: 5-letniego Adasia i prawie 2-letnią Hanię.
Jak się Pan czuje w roli dziadka?
- Cudownie.
Pana żona jest także aktorką. Córka nie chciała pójść w Państwa ślady?
- Żona Grażyna Marzec od paru miesięcy, już jako emerytka, współpracuje z Polską Unią Transplantacyjną. Jeździ na szkolenia lekarzy, którzy muszą pertraktować z rodzinami potencjalnych dawców organów. Wspólnie z kolegą aktorem odgrywają sceny dla lekarzy, którzy uczą się pertraktacji. Obydwoje wymyślają jakieś postaci, nieistniejące sytuacje, a ci muszą szukać argumentów w swojej wyobraźni, by przekonać innych do słuszności oddania organów. Nigdy bym się nie postawił w takiej sytuacji, z podziwem patrzę na jej działalność i na jej ciągle wzrastającą wiedzę w tej dziedzinie. Żona sama przeszła ciężką chorobę, miała raka. Natomiast córka Zuzanna nie chciała być aktorką, marzyła o karierze tancerki, ale prosiła, bym nikomu w żadnym wywiadzie nie opowiadał o niej więcej.
Aktorstwo to dla Pana powołanie, pewien rodzaj służby?
- Tak. Niedawno Centrum Myśli Jana Pawła II opublikowało antologię literackich tekstów o Janie Pawle II. Znajduje się tam też dość obszerny fragment mojej wypowiedzi, który jest odpowiedzią na "List do artystów" Jana Pawła II. Byłem aktorem, który odczytał ten list Ojca Świętego jako pierwszy na konferencji prasowej w Episkopacie w 1999 roku i byłem pierwszym artystą, który go komentował. List stwarza bardzo szeroką bazę dla rozumienia swojej funkcji w społeczeństwie zarówno dla artysty wierzącego, jak i niewierzącego, szarpiącego się czy przeżywającego tajemnice wiary, ale stawia jeden warunek: angażuj się serio. Jest to rodzaj wzięcia się za bary ze światem, gdzie pieniądz nie odgrywa roli i nie ma pytania: ile mi za to zapłacą. Artysta musi być bezinteresowny, nawet ten kabaretowy, żeby dowcip się udał.
Czym wobec tego jest dla Pana wiara katolicka?
- Nie chciałbym mówić o niej, bo jest dla mnie sprawą intymną i różne jej fazy odczuwania, przeżywania i rozumienia miałem w życiu. Niewątpliwie najpiękniejsza była faza związana z obecnością wśród nas Ojca Świętego Jana Pawła II. Żaden okres w życiu nie zabezpiecza od wątpliwości, to nie jest tak, że przekraczając pewien wiek, ma się świat tak zbudowany, że daje on na wszystko odpowiedź. Ważna jest wzajemna pomoc w utwierdzaniu się w tym, czym jest wiara.
Dziękuję Panu za rozmowę.
Nie pytam, ile mi zapłacą
Nasz Dziennik, 2009-05-09
Z Olgierdem Łukaszewiczem, aktorem filmowym i teatralnym, odtwórcą roli generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" w filmie Ryszarda Bugajskiego "Generał "Nil"", prezesem Związku Artystów Scen Polskich w latach 2002-2005, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak to się stało, że Pana ojciec znalazł się w Taszkiencie?
- W roku 1847 mój przodek Mieczysław Łukaszewicz został zesłany wyrokiem sądu w Mińsku (Białoruś) do twierdzy w Orenburgu - za przechowywanie listów generała Mierosławskiego. W ten sposób losy rodziny związały się z tamtymi terenami. Mój ojciec wychowywał się w Taszkiencie. Gdy wybuchła rewolucja, cała rodzina uciekła do Polski. Stąd też wzięły się moje zainteresowania losem XIX-wiecznych zesłańców. To właśnie im i ich następcom z lat 40. XX wieku poświęciłem swój spektakl na placu Teatralnym w Warszawie pt. "Zaduszki Narodowe 2000".
Pana rodzice poznali się podczas okupacji?
- Tak, w Warszawie w 1942 roku. Mama pochodziła z Kamieńca Podolskiego. Gdy była niemowlęciem, jej rodzice w 1920 roku, uciekając z Kresów, osiedlili się w Lesznie pod Warszawą. Rodzina była związana z przemysłem cukrowniczym. To generacja opisana przez Iwaszkiewicza w "Sławie i chwale".
Ale urodził się Pan na Śląsku...
- Po Powstaniu Warszawskim rodzice ze starszym bratem Krzysztofem przez obóz w Pruszkowie dotarli na Śląsk. Nasze korzenie związane są jednak z Kresami, moje imię jest przecież bardzo wileńskie. W Wilnie ojciec studiował medycynę, którą skończył w 1932 roku. Później znalazł się w Warszawie. Krąg jego wileńskich znajomych odegrał ważną rolę w naszym domu. Rodzina ze strony ojca jest spokrewniona z prezydentem Władysławem Raczkiewiczem, jego matka była z domu Łukaszewicz, a także z Billewiczami, więc w jakiś sposób ponoć z Józefem Piłsudskim. Warszawa, niestety, była miejscem, do którego przez wiele lat musiałem się psychicznie "przyszywać", wżywać w historię tego miasta. Nie czułem się jej pełnoprawnym obywatelem, choć tu urodził się mój starszy brat.
Czy ktoś przed Panem zajmował się w rodzinie aktorstwem?
- Nie. Znam swoje drzewo genealogiczne od początku XVIII wieku. Nic mi nie wiadomo o żadnych artystycznych tradycjach w tej rodzinie.
Dom Pana rodziców był otwarty na sztukę?
- Mama starała się uwrażliwić nas na odbiór sztuki poprzez obowiązkowe słuchanie koncertów czy konkursów chopinowskich. Nie wolno nam było wtedy śmiać się, żartować, trzeba było siedzieć i słuchać. Bywały także niedzielne popołudnia, kiedy starała się nas zainteresować albumami malarstwa, jakie zostały w naszym domu jeszcze po Niemcach. Kiedy narodziły się w nas, tzn. we mnie i w Jerzym, moim bracie bliźniaku, zainteresowania artystyczne, to trudno powiedzieć. U mnie rozwijało się ono gdzieś bardzo wcześnie, była to chęć występu i recytacji. Pamiętam, że sam organizowałem kabareciki i teatrzyki w szkole, a brat miał już w ręku kamerę filmową. Dziś Jerzy Łukaszewicz jest operatorem filmowym, doktorem na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Filmowym, napisał podręcznik do nauki dla operatorów filmowych, jest także autorem zdjęć do "Doliny Issy", "Seksmisji", "Vabanków" oraz reżyserem filmu "Faustyna" o św. siostrze Faustynie Kowalskiej. Nasze pasje rozwijały się więc jakoś bliźniaczo, chociaż nie jesteśmy dosłownie bliźniakami, tylko dwojakami.
Ale jest między Panami podobieństwo fizyczne?
- Kiedyś było, bo mylili nas nawet koledzy po fachu. Ale brat działa zawsze z drugiej strony kamery, więc był incognito. W "Soli ziemi czarnej" gra brata, który pierwszy ginie.
Brat zagrał tylko raz?
- Tak.
Nie miał zamiłowania do aktorstwa?
- Nie, broń Boże, jego to zawsze, szczerze mówiąc, denerwowało. Gdy w dzieciństwie "odprawialiśmy" Mszę Świętą, bo wcześnie zostaliśmy ministrantami, wszelkie próby teatralizacji, które ja koniecznie chciałem wprowadzać, tj. np. malowanie i wycinanie ornatu, jemu bynajmniej nie były potrzebne.
A co Pana pociągało w aktorstwie?
- Tego nie wiadomo, bo to jest forma zaspokojenia siebie, wyżycia się, albo jak ktoś inny pięknie powie, samorealizacji. Bo jeżeli chłopak, powiedzmy, 15-letni zamyka się w małym pokoju i czyta na głos poezję, to znaczy, że ma jakiegoś fioła na ten temat. Wszelkie pytania typu: "dlaczego chcesz zostać, młody człowieku, aktorem", są nieuzasadnione, a bywają stawiane w szkołach teatralnych. Jeżeli je serio potraktować, to żaden z pytających nie wie, dlaczego ktoś chce być aktorem. Jednego pociąga możliwość przebierania się i poczucie, że mówi w imieniu kogoś innego - znamy wielu aktorów, którzy w życiu są bardzo nieśmiałymi ludźmi, milczącymi, po których nikt by się nie spodziewał, że rozkwitają fantazją, wyobraźnią wtedy, kiedy przychodzi do budowania jakiejś postaci i kiedy mówią cudzym tekstem, bywają wówczas olśniewający. Jeden lubi bardziej przedstawiać, inny znów spowiadać się, mówić jakby w imieniu swojego wnętrza: to ja jestem tą postacią, to ja, to ja. Są kandydaci, którzy cenią słowo i chcą recytować, a są tacy, którzy wychodzą od ruchu, gestu, tonu głosu, czyli od pewnego wyczucia formy, a nie od tego, co chcą powiedzieć.
Jak jest w Pana przypadku, w czym najlepiej się Pan czuje?
- Zdecydowanie determinowało mnie słowo, to, co chcę powiedzieć, ale to nie oznacza, że eksperymenty były mi obce. Bo już na przykład na egzaminie wstępnym do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie mówiłem w bardzo stylizowany sposób fragment z "Wojny trojańskiej" Jana Parandowskiego dotyczący pojedynku Achillesa i Hektora. Spowodowało to, że komisja zadała mi inne formalne ćwiczenia. Miałem powiedzieć ten tekst, tak jakbym był sprawozdawcą meczu sportowego, a później jakbym błagał o życie. Słowo staje się wówczas służebne w stosunku do głównej, założonej sytuacji, to decyduje właściwie o aktorstwie. Były też chęci widzenia siebie w innych postaciach. Jako dziecko często przebierałem się w ciuchy matki i ojca i opowiadałem o sobie niestworzone historie. I wie pan, z perspektywy lat zostaje gdzieś właśnie z dzieciństwa taka chęć konfabulacji, a jednocześnie spowiedzi, przedstawiania siebie światu jakby innym. Bardzo ciekawą refleksją podzielił się kiedyś Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński. Na pytanie, co to jest miłość bliźniego, odpowiedział: "To jest powiedzieć: cieszę się, że jesteś inny". Dla mnie zespół aktorski to jest właśnie menażeria wrażliwości i inności. Tutaj te inności spotykają się ze sobą i dogadują. Mamy w ten sposób pewną sublimację tego, co jest w życiu naprawdę.
Obsadzany był Pan najczęściej w rolach amantów, wrażliwych i chorowitych młodzieńców. Denerwowało to Pana czy może dobrze się Pan czuł w tych wcieleniach?
- Przede wszystkim nie tylko były takie role, był ich szeroki wachlarz. Ale faktem jest, że grałem ludzi zawsze trochę takich wychylonych albo w jedną, albo w drugą stronę, na niepewnych nogach. Co to znaczy? Albo bardziej dziecinnych, infantylnych, bezbronnych, kruchych, wrażliwych i wręcz chorych, umierających, jak Stanisław z "Brzeziny", Franz w "Pułapce", narkoman w "Kapeluszu pełnym deszczu", tzw. wrażliwy morderca w przedstawieniu "Azyl", czyli ktoś, kto przez przypadek popełnił morderstwo. Albo złe postaci, jak faszyzujący Franzel w filmie "Magnat" Filipa Bajona czy doktor Kramer w "Dotkniętych" Wiesława Saniewskiego, lekarz psychopata cierpiący na brak uczuć. Były także i role komediowe, nie tylko Alberta w "Seksmisji", ale chociażby magnata gdzieś na Kresach w serialu "Przeprowadzki", którą potraktowaliśmy zdecydowanie parodystycznie i komediowo, czy rola w spektaklu "On czy nie on" w reżyserii Edwarda Dziewońskiego. Najmniej otrzymywałem ról mężczyzn mocno stojących na ziemi. Jednym z pierwszych tego typu zadań była rola apostoła Tomasza w "Wieczerniku" Ernesta Brylla, czyli pierwsza próba wyłamania się. Moja droga wynikła prawdopodobnie z konfrontacji z Danielem Olbrychskim w "Brzezinie" - on szedł swoją drogą sportową, a mnie radzono, żebym trzymał się tego swojego kruchego emploi, które jednak na dłuższą metę mężczyznę musi wyprowadzić na manowce. Ale mimo wszystko nie żałuję, bo to doprowadziło mnie w końcu do wspomnianej już roli Franza w "Pułapce" Tadeusza Różewicza. Tam jest dojrzały mężczyzna, ale taki kruchy, taki dziwny...
Lepiej czuje się Pan na deskach teatralnych czy na planie filmowym?
- W styczniu tego roku minęło 40 lat od mojego debiutu teatralnego. Debiut w filmie odbył się wcześniej, bo już na trzecim roku studiów aktorskich w 1967 roku. Była to rola w filmie "Dancing w kwaterze Hitlera". Został on jednak wyświetlony już właściwie po "Soli ziemi czarnej", po "Perle w koronie", ba, po "Romantycznych" Stanisława Różewicza, bo był trzymany przez cenzurę. Także mój prawdziwy debiut był już po tych pierwszych błyskach, które właściwie ustawiły mnie na całe lata. Patrząc na życie, które minęło, ciekawszy bilans przedstawia dorobek filmowy niż ten teatralny, gdzie odczuwam jakiś niedosyt propozycji, niedosyt grania. Mogę mieć jedyną satysfakcję, że to, co jest w filmie, to zostaje, a to, co w teatrze, choćby najpiękniejsze, ulatuje. Widziałem wiele wspaniałych kreacji wykonanych przez moich wielkich, wybitnych kolegów. Pozostał tylko żal, że ich nie ma teraz, bo teatr jest efemerydą.
Muszę zapytać Pana o "Seksmisję", bo stała się komedią kultową. Czym była dla Pana przygoda z tym filmem?
- Juliusz Machulski odcina się od wszelkich skojarzeń politycznych, ale przecież nie zaprzeczał im wtedy, kiedy te skojarzenia się narzucały. Dla mnie było jasne, że nie jest to rozprawa z płcią piękną, ale film o państwie totalitarnym.
Nie traktował Pan go również jako paszkwilu na feminizm?
- Nie, traktowałem to jako odreagowanie stanu wojennego, bo to są żarty ze stanu wojennego, tak to rozumiałem. W związku z tym może też zawęziłem pole dla własnej wyobraźni w tej roli. Może mogłem coś zagrać bardziej kabaretowo - zakpić ze wszystkich humanizujących ideologów, którzy mają jakieś zadania wobec ludzkości w przeciwieństwie do cwaniaka Maksa, który z ludzkością chce robić interes. Wydaje mi się, że Maks jest postacią bardziej żywą niż nieżyciowy Albercik, stanowiliśmy jednak dwa uzupełniające się bieguny.
Jest Pan typem romantyka?
- Zależy, co pod tym terminem się rozumie. Na pewno jestem idealistą, człowiekiem sentymentalnym, to znaczy takim, dla którego emocje odgrywają dużą rolę, umiem się poświęcić rzeczom niekoniecznie przynoszącym dochód. Dla samej radości działania, współdziałania z innymi. Ten temperament społecznika miałem od dzieciństwa, od roli przewodniczącego klasy, samorządu szkolnego, drużynowego harcerstwa, szczepowego...
...Na prezesie ZASP skończywszy?
- Tak. Ponieważ ZASP to było wyzwanie, które zrodziło się we mnie po pobycie w Niemczech. Zobaczyłem, że polscy aktorzy i twórcy teatralni nie mają partnera, z którym mogliby mówić, czym jest teatr, jak powinien być prowadzony, jakie powinny być zabezpieczone warunki dla twórczości. Mieliśmy okres, w którym samorządy z trudem wygospodarowywały środki na koszta stałe budynku, ale już nie na twórczość. Mówiono, że teatry same mają sobie zdobywać sponsorów. To jest jakieś przemieszanie pojęć, które trwa do dzisiaj, kiedy traktuje się dyrektora teatru jako pracownika samorządu w tych teatrach, które są marszałkowskie. Nie mówiąc już o reformie samego zarządzania ZASP, który udało się uratować od zapaści finansowej.
Dlaczego wyjechał Pan do Niemiec?
- Pod koniec 1988 roku wyjechałem do Austrii. Na wybory w 1989 roku przyjechałem jeszcze do Polski, na krótko przed podjęciem pracy w serialu "Z klaunami przyszły łzy" w telewizji bawarskiej. Wyjechałem, bo czułem, że coś się wokół mnie kończy, nie otrzymywałem takich ról, jakich oczekiwałem, być może byłem zbyt niecierpliwy. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, czym jest Europa, co by było, gdyby się tam żyło i mieszkało. To doprowadziło w konsekwencji po paru latach do tego, że z żoną, dzieckiem i psem wyjechałem na dłużej za granicę. Z doświadczeń zdobytych tam czerpię do dzisiaj.
Zastanawiał się Pan nad pozostaniem za granicą?
- Za dużo byłoby komplikacji życiowych dotyczących przede wszystkim córki, jej matury, ona by to przypłaciła dwoma, jeżeli nie trzema latami w życiorysie. Małżonka też nie bardzo chciała się aklimatyzować w tamtejszej rzeczywistości. Osobiście pobyt w Niemczech traktowałem trochę sportowo, by udowodnić sobie, że stać mnie będzie na to, żeby nauczyć się języka obcego i posługiwać się nim w sposób artystyczny. Udowodniłem sobie, że to potrafię. Najbardziej cieszę się z tego, że mogłem prezentować polską literaturę w tłumaczeniach Karla Dedeciusa w różnych miastach Niemiec. Niedawno otrzymałem order zasługi prezydenta Niemiec, uroczystość odbyła się w Teatrze Polskim. Pobyt za granicą był dla mnie niezwykłym doświadczeniem, zobaczyłem, czym są demokratyczne Niemcy, czym jest w ogóle demokracja, jaki jest poziom życia artystów, jak są finansowane teatry. Zostałem prezesem ZASP, ponieważ chciałem wiele cennych rozwiązań niemieckich wprowadzić w Polsce. Uważałem, że brakuje nam związku scen polskich utrzymującego teatry na wzór związku scen niemieckich.
Niech pan zauważy, że w latach komunistycznych był możliwy ruch artystów pomiędzy miastami. Teatry miały do dyspozycji mieszkania dla artystów i można było grać np. w Tarnowie, a potem w Poznaniu i w Warszawie. To był ruch z pożytkiem dla całego zjawiska kultury. Dzisiaj mamy związanie aktora z jednym miejscem, jest w tym coś niezdrowego, bo wędrówka jest istotą tego zawodu.
Stąd Pana pomysł na jeżdżenie z monodramami po Polsce?
- To zupełnie inna historia. To wyrosło jeszcze z lat 70., kiedy występowałem z programami poezji w domach kultury. Nie było nic innego, więc słuchano poezji. Zaowocowało to moją aktywnością podczas Dni Kultury Chrześcijańskiej i własnym teatrem opartym na "Psalmach" Dawida w przekładzie Romana Brandstaettera. To były czasy bojkotu, wtedy w bardzo wielu miejscach grałem te swoje psalmy. Spektakl ten po latach zrealizowałem również na terenie Niemiec.
"Wierna rzeka", "Brzezina", "Noce i dnie", "Lekcja martwego języka", "Karol, człowiek, który został Papieżem", wiele można wymieniać tytułów, gdzie stworzył Pan wspaniałe, niezapomniane kreacje. Które są dla Pana najważniejsze?
- Wolałbym raczej powiedzieć, o które z tych wymienionych tytułów bym się dzisiaj upomniał, a nie, które najbardziej lubię. Bo jednak czas mija, a okazuje się, że TVP Kultury nie stać na to, aby wznowić Teatr Telewizji. Nie rozumiem tego, przecież to są nasze zbiory. Za parę dni, 17 maja, będzie mój dzień w TVP Kultura i kiedy upomniałem się o role w sztukach, które przepadły, a przez lata były w Teatrze Telewizji, tj. np. spektakl o Jonathanie Swifcie, który kiedyś został doceniony Złotym Ekranem, powiedziano mi, że się nie da tych sztuk pokazać, że to za drogie. O "Lekcji martwego języka", w której grałem porucznika Alfreda Kiekeritza, powiedziano mi dodatkowo, że kupiło ją Ale Kino. Nie bardzo wiem, dlaczego TVP Kultura nie ma dostępu do tzw. skarbnicy naszego dorobku.
Kiedy zainteresował się Pan bardziej kinem historycznym?
- Pan jest naprawdę uprzejmy, mówiąc, że to ja się zainteresowałem, a to polega przecież na tym, że reżyser zaprasza do współpracy albo nie. Bardzo ciekawie było na przykład przy "Wiernej rzece", to był stan wojenny. Toczyliśmy rozmowy z Tadeuszem Chmielewskim, kto mógłby zagrać Salomeę. Wymienialiśmy różne osoby, plusy i minusy. A za chwilkę, po odłożeniu słuchawki, telefon. "Proszę pana - słyszę kobiecy głos - a o jaki film chodzi, w jakim filmie będzie pan grał?". Rozmowy były podsłuchiwane. O tym, że film będzie się w ogóle realizowało, zdecydował sam Mieczysław Rakowski, uchylając w ten sposób decyzję Jerzego Passendorfera, który pełnił funkcję wiceministra kultury i zawiesił jego produkcję jako filmu antyrosyjskiego.
Dlaczego Rakowski się zgodził?
- Rozmawiał z Krystyną Jandą. Gdy dowiedział się, że chce wyjechać z kraju, powiedział: "Dlaczego chce pani wyjeżdżać z kraju, to mogłaby być rola dla pani?". Ona na to, że właśnie tę produkcję zawieszono. Przy niej wykonał telefon do ministra i zmieniono decyzję. Przecież musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że uruchamia siły, które znowu mogą jak "Dziady" budzić skojarzenia antyradzieckie, bo film o Powstaniu Styczniowym jednoznacznie tego typu emocje budził, tym bardziej że Tadeusz Chmielewski uparł się, aby wróg nie mówił po polsku, tylko po rosyjsku, w swoim języku. Film oczywiście przeleżał ileś czasu, ale został zrealizowany. Muszę podkreślić, że nasze pokolenie aktorskie było w dużym stopniu formowane na tematach odnoszących się do tradycji narodowej, niepodległościowej. Cały idealizm mojego pokolenia czerpany był z XIX wieku. "Dziady" z Gogolewskim, Jasiukiewiczem w reżyserii Aleksandra Bardiniego stały się w 1956 roku wyłomem w Teatrze Polskim, były pierwszą jaskółką. Wyznaczały sposób naszego myślenia. "Dziady" z 1968 roku przyniosły już prawdziwy przełom. W XIX wieku znajdowaliśmy marzenie o niepodległej Polsce. Wiedzieliśmy, że poświęcić życie dla wolnej Ojczyzny jest słuszną sprawą. Tęsknić za nią wolno było, jednak do pewnego stopnia, byleby nie wspominać o tych, którzy działali przeciwko sowieckiej okupacji...
Tak jak legendarny dowódca Armii Krajowej, generał August Emil Fieldorf "Nil"...
- Taka postać jak Fieldorf budzi zdumienie swoją niezłomnością. Jego postawa wydaje się dla jednych postawą nieracjonalną, dla drugich sentymentalną, zbyt heroiczną, żeby była prawdziwa. A ona była prawdziwa. Myślę, że gdzieś w kręgu rodzinnym znałem tak bezkompromisowych i prostych w swoich decyzjach ludzi. Stąd było moje przekonanie, że bohater jest skromny, ma świat uporządkowany, racjonalnie ocenia szanse swojego przeżycia w tym niejednoznacznym jeszcze stalinizmie, o niejasnym, klarownym obliczu zła, tak jak nam się dzisiaj wydaje. I jeżeli ten film widzę, to wzrusza on właśnie niezwykłością tego człowieka. "Nil" dla Polski ryzykował wszystko. A czy my dzisiaj umiemy myśleć kategoriami wspólnoty, ponadpartyjnego interesu? Zdecydowanie nie. Jesteśmy w jakimś obłędzie wzajemnej licytacji, ponad wspólnym planem dla dobra wszystkich. A tu przede wszystkim trzeba zobaczyć drugiego człowieka...
Rola generała "Nila" jest dla Pana ważna?
- Stała się pretekstem do wielu własnych rozmyślań, dostałem ją przecież już po sześćdziesiątce. Z początku nie zdawałem sobie sprawy, jak pomnikowa jest ta postać. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność na mnie spoczywa. Starałem się zobaczyć człowieka w dowódcy, który ogląda rzeczywistość z wielu pięter. Zna tych, którzy poszli jak kamienie rzucone na szaniec, aż po tych, którzy decydowali o historii w Londynie. Fieldorf okazał się nie romantykiem, który życie kładzie na szali, ale pragmatykiem, dowódcą wojskowym, który ocenia szansę powodzenia. Był świetnym logistykiem, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, stąd tyle jego udanych akcji. Są tacy widzowie, którzy oceniają ten film, mówiąc, że akcja faktycznie zaczyna się dziać od momentu zaaresztowania, ale spotykam też młodych ludzi, którzy mówią, że wstęp, który jest powolną opowieścią, buduje kontekst jego rodziny, wyobrażenia o normalności, świecie, który miał szanse jakiegoś rozwoju, ale który się zawalił. Zachęcam do obejrzenia tego filmu, ponieważ słyszę dookoła od ludzi słowa uznania za podjęcie tematu, co się jednak niebezpiecznie nie przekłada na liczbę widzów. Mamy zupełnie nowy rodzaj dystrybucji, który polega na tym, że albo film chwyci od razu, albo w ciągu dwóch tygodni zostanie wycofany przez dystrybutorów i to nam niestety grozi, bo jest za mała frekwencja. Z wypowiedzi córki generała Fieldorfa wnioskuję, że akceptuje całe przesłanie filmu, to jak zafunkcjonował przynajmniej w opinii prasy i pierwszych widzów. Rozumiem, że zastrzeżenia dotyczące rozwiązań fabularnych uznała w tej sytuacji za drugoplanowe, cieszę się również, że doceniła moją pracę nad rolą.
Trudno nie docenić...
- Zadają mi pytania, czy spotkałem się z córką generała. Przede wszystkim za późno dowiedziałem się, że można by było, że jest, że żyje. Po drugie, na tym etapie wyobraźni, pracy nad sobą, bałem się takiego spotkania. Obawiałem się, że raptem będę starał się wywiązać z jakichś zobowiązań, usłyszę o jakiejś cesze generała, o sposobie noszenia się, bycia i zachęci mnie to do ilustrowania. A ja skupiłem się na tym, by zrozumieć sceny i nie przeaktorzyć, mając na względzie uwagę śp. Stanisława Różewicza skierowaną kiedyś do mnie: "Co pan tyle gra". I to się sprawdziło.
Ma Pan jakieś pasje pozaaktorskie?
- Niestety, całe moje życie jest ułomne o tyle, że ani mnie nie interesują ryby, ani wyścigi Formuły 1 czy mecze piłki nożnej. Wtedy jedynie, kiedy są jakieś narodowe zrywy, staram się zrozumieć reguły gry i dołączyć do wiwatujących kibiców. Wszystko było dosyć obłokowe w moim życiu i kręciło się w sferze sztuki. Za mało czytam, ciągle nie ma na to tak naprawdę czasu.
Takie życie w biegu?
- Ale życie rodzinne jakoś się ostało przez te 40 lat, wnuki mają niezwykle ważne miejsce w moim harmonogramie czasu. Mam ich dwoje: 5-letniego Adasia i prawie 2-letnią Hanię.
Jak się Pan czuje w roli dziadka?
- Cudownie.
Pana żona jest także aktorką. Córka nie chciała pójść w Państwa ślady?
- Żona Grażyna Marzec od paru miesięcy, już jako emerytka, współpracuje z Polską Unią Transplantacyjną. Jeździ na szkolenia lekarzy, którzy muszą pertraktować z rodzinami potencjalnych dawców organów. Wspólnie z kolegą aktorem odgrywają sceny dla lekarzy, którzy uczą się pertraktacji. Obydwoje wymyślają jakieś postaci, nieistniejące sytuacje, a ci muszą szukać argumentów w swojej wyobraźni, by przekonać innych do słuszności oddania organów. Nigdy bym się nie postawił w takiej sytuacji, z podziwem patrzę na jej działalność i na jej ciągle wzrastającą wiedzę w tej dziedzinie. Żona sama przeszła ciężką chorobę, miała raka. Natomiast córka Zuzanna nie chciała być aktorką, marzyła o karierze tancerki, ale prosiła, bym nikomu w żadnym wywiadzie nie opowiadał o niej więcej.
Aktorstwo to dla Pana powołanie, pewien rodzaj służby?
- Tak. Niedawno Centrum Myśli Jana Pawła II opublikowało antologię literackich tekstów o Janie Pawle II. Znajduje się tam też dość obszerny fragment mojej wypowiedzi, który jest odpowiedzią na "List do artystów" Jana Pawła II. Byłem aktorem, który odczytał ten list Ojca Świętego jako pierwszy na konferencji prasowej w Episkopacie w 1999 roku i byłem pierwszym artystą, który go komentował. List stwarza bardzo szeroką bazę dla rozumienia swojej funkcji w społeczeństwie zarówno dla artysty wierzącego, jak i niewierzącego, szarpiącego się czy przeżywającego tajemnice wiary, ale stawia jeden warunek: angażuj się serio. Jest to rodzaj wzięcia się za bary ze światem, gdzie pieniądz nie odgrywa roli i nie ma pytania: ile mi za to zapłacą. Artysta musi być bezinteresowny, nawet ten kabaretowy, żeby dowcip się udał.
Czym wobec tego jest dla Pana wiara katolicka?
- Nie chciałbym mówić o niej, bo jest dla mnie sprawą intymną i różne jej fazy odczuwania, przeżywania i rozumienia miałem w życiu. Niewątpliwie najpiękniejsza była faza związana z obecnością wśród nas Ojca Świętego Jana Pawła II. Żaden okres w życiu nie zabezpiecza od wątpliwości, to nie jest tak, że przekraczając pewien wiek, ma się świat tak zbudowany, że daje on na wszystko odpowiedź. Ważna jest wzajemna pomoc w utwierdzaniu się w tym, czym jest wiara.
Dziękuję Panu za rozmowę.
Wybory do Parlamentu Europejskiego 2009 na kogo glosujemy pamietajmy to musi byc dla Polski
Wednesday, April 16, 2008
Pamięci walczących o Wolną Polskę Wieczna pamieć żołnierzom NSZ i AK !
Pamięci walczących o Wolną Polskę Wieczna pamieć żołnierzom NSZ i AK !
Ostatni oddzial partyzancki walczacy z komunistyczna okupacja KBW i UB rozbilo dopiero w 1952 roku!!!
Czesc ich pamieci.
Jerzy Ulicki-Rek
Wieczna pamieć żołnierzom NSZ i AK !
michaltyrpa
Chwała Bohaterom! W tym roku obchodzimy dwie rocznice związane z rtm.Witoldem Pileckim. W związku z tym zapraszam wszystkich do akcji "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki"). Szczegóły do znalezienia w Sieci (kryterium wyszukiwania hasło akcji)
wizzkey
zapamiętajcie nazi, że ZSP walczyło dzielnie u boku "sławnej" Zośki w PW '44... no ale za głupi jesteście, pozdrawiam jako "wnuk partyzanta AK"...
Legionanina88
Chwala tym ktorzy nie dali sie niemcowi czy ruskowi nie dali sie prl-owi ale umilowali w swoich sercach Polske !!! Tylko jedna i umilowana Rzecz Pospolita !!! My tez dajmy za nia krew !!!
Legionanina88
Chwala tym ktorzy nie dali sie niemcowi czy ruskowi nie dali sie prl-owi ale umilowali w swoich sercach Polske !!! Tylko jedna i umilowana Rzecz Pospolita !!! My tez dajmy za nia krew !!!
PawelDizi26
Thats Royalty right there!
Raf19800120
Wspaniałe!!! Major "Łupaszko" był prawdziwym Polakiem-Patriotą, wiernym do końca żołnierskiej przysiędze. Mój dziadek też walczył z obcą, narzuconą siłą, sowiecką władzą, aż do 1947. Chwała im!!!!
Alex Lech Bajan
Polish American
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
sms: 703-485-6619
EMAIL: office@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com
Ostatni oddzial partyzancki walczacy z komunistyczna okupacja KBW i UB rozbilo dopiero w 1952 roku!!!
Czesc ich pamieci.
Jerzy Ulicki-Rek
Wieczna pamieć żołnierzom NSZ i AK !
michaltyrpa
Chwała Bohaterom! W tym roku obchodzimy dwie rocznice związane z rtm.Witoldem Pileckim. W związku z tym zapraszam wszystkich do akcji "Przypomnijmy o Rotmistrzu" ("Let's Reminisce About Witold Pilecki"). Szczegóły do znalezienia w Sieci (kryterium wyszukiwania hasło akcji)
wizzkey
zapamiętajcie nazi, że ZSP walczyło dzielnie u boku "sławnej" Zośki w PW '44... no ale za głupi jesteście, pozdrawiam jako "wnuk partyzanta AK"...
Legionanina88
Chwala tym ktorzy nie dali sie niemcowi czy ruskowi nie dali sie prl-owi ale umilowali w swoich sercach Polske !!! Tylko jedna i umilowana Rzecz Pospolita !!! My tez dajmy za nia krew !!!
Legionanina88
Chwala tym ktorzy nie dali sie niemcowi czy ruskowi nie dali sie prl-owi ale umilowali w swoich sercach Polske !!! Tylko jedna i umilowana Rzecz Pospolita !!! My tez dajmy za nia krew !!!
PawelDizi26
Thats Royalty right there!
Raf19800120
Wspaniałe!!! Major "Łupaszko" był prawdziwym Polakiem-Patriotą, wiernym do końca żołnierskiej przysiędze. Mój dziadek też walczył z obcą, narzuconą siłą, sowiecką władzą, aż do 1947. Chwała im!!!!
Alex Lech Bajan
Polish American
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
sms: 703-485-6619
EMAIL: office@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com
Friday, April 11, 2008
Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz
Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz

Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) - filozof i logik. Publicysta i felietonista m.in. Telewizji Trwam, Radia Maryja , Naszego Dziennika. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke.
Życiorys
Studiował w latach 1947-1951 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pod kierunkiem Tadeusza Czeżowskiego. Do 1953 r. był asystentem w Katedrze Logiki UMK, a od 1956 r. wykładowcą na WSP w Gdańsku. W 1963 r. został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego z inicjatywy Adama Schaffa. Do 1998 r. był profesorem w Instytucie Filozofii UW, kiedy to odszedł na emeryturę. W latach 1956 - 1981 członek PZPR.
Nauka
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy wielkich myślicieli, m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.
Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Polityka
Bogusław Wolniewicz startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie został posłem.
9 kwietnia 2006 Wolniewicz, wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem, zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, poparty m.in. przez przedstawicieli świata nauki i mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji"[1]. Wolniewicz wyraził przekonanie, że Rada Etyki Mediów chce "nałożyć Polsce kaganiec na swobodę publicznej dyskusji" i "wprowadzić skrytą cenzurę"[2]. Inicjatywa ta miała miejsce po tym, jak Rada Etyki Mediów oraz Marek Edelman skrytykowali[3] Radio Maryja za nadanie, określanego przez nich jako antysemickiego, felietonu[4] Stanisława Michalkiewicza, a kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego zażądało od prokuratury wszczęcia postępowania przeciwko autorowi[5].
Wybrane pisma
Ontologia sytuacji : podstawy i zastosowania, Warszawa : Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości : rozprawy i wypowiedzi : z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics : studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa : "Znak, Język, Rzeczywistość" : Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Boguslaw Wolniewicz and the Formal Ontology of Situations
INTRODUCTION
"The theory presented below was developed in an effort to clarify the metaphysics of Wittgenstein's Tractatus. The result obtained, however, is not strictly the formal twin of his variant of Logical Atomism. but something more, general, of which the latter is lust a special case. One might call it an ontology of situations. Some basic ideas of that ontology stern from Stenius Wittgenstein's Tractatus, Oxford, 1968 and Suszko Ontology in the Tractatus of L. Wittgenstein - Notre Dame Journal of Formal Logic, 1968.
Let L be a classic propositional language. Propositions of L are supposed to have their semantic counterparts in the realm of possibility, or as Wittgenstein put it: in logical space. These counterparts are situations, and S is to be the totality of them. The situation described by a proposition a is S(a). With Meinong we call it the objective of a."
From: Boguslaw Wolniewicz - A formal ontology of situations - Studia Logica 41: 381-413 (1982). pp. 381-382.
"Different ontologies adopt different notions of existence as basic. Aristotle's paradigm of existence is given by the equivalence:
(A) to be = to be a substance.
On the other hand, the paradigm of existence adopted in Wittgenstein's Tractatus is given by the parallel equivalence:
(W) to be = to be a fact.
Now, an Aristotelian substance is the denotation of an individual name, whereas a Wittgensteinian fact is the denotation of a true proposition. It seems therefore that the notions of existence derived from these two paradigms should be quite different, and one might readily expect that the metaphysical systems erected upon them will display wide structural discrepancies.
It turns out, however, that in spite of this basic difference there runs between these two systems a deep and striking parallelism. This parallelism is so close indeed that it makes possible the construction of a vocabulary which would transform characteristic propositions of Wittgenstein's ontology into Aristotelian ones, and conversely. To show in some detail the workings of that transformation will be the subject of this paper.
The vocabulary mentioned is based on the following four fundamental correlations:
Aristotle
Wittgenstein
1) primary substances (substantiae primae)
atomic facts
2) prime matter (materia prima)
objects
3) form (forma)
configuration
4) self-subsistence of primary substances (esse per se)
independence of atomic facts
Aristotle's ontology is an ontology of substances, Wittgenstein's ontology is an ontology of facts. But concerning the respective items of each of the pairs (1)-(4) both ontologies lay down conditions which in view of our vocabulary appear to be identical. To show this let us confront, to begin with, the items of pair (1): substances and facts.
(The interpretation of Aristotle adopted in this paper is the standard one, to be found in any competent textbook of the history of philosophy. Therefore, with but one exception, no references to Aristotle's works will be given here.)Relatively to the system involved substances and facts are of the same ontological status. Aristotle's world is the totality of substances (summa rerum), Wittgenstein's world is the totality of facts (die Gesamtheit der Tatsachen). For Aristotle whatever exists in the basic sense of the word is a primary substance, for Wittgenstein - an atomic fact. Moreover, both ontologies are MODAL ones, allowing for different modes of being (modi essendi); and both take as basic the notion of `contingent being' (esse contingens), opposed to necessary being on the one hand, and to the possibility of being on the other. Both substances and facts are entities which actually exist, but might have not existed. The equality of ontological status between substances and facts is corroborated by the circumstance that both are PARTICULARS, there being - as the saying goes - no multiplicity of entities which FALL UNDER them.
Substances and facts stand also in the same relation to the ontological categories of pairs (2) and (3). Both are always COMPOUND entities, a substance consisting of matter and form, and a fact consisting of objects and the way of their configuration. But in neither of the two systems is this compoundness to be understood literally as composition of physically separable parts or pieces. The compoundness (compositio) of a substance consists in its being formed stuff (materia informata), and the compoundness of a fact in its being a configuration of objects.
In view of correlation (4) we have also an equality of relation which a substance bears to other substances, and a fact to other facts. Self-subsistence is the characteristic attribute of primary substances: substantia prima = ens per se. If we take this to mean that each substance exists independently of the existence or non-existence of any other substance we get immediately the exact counterpart of Wittgenstein's principle of logical atomism stating the mutual independence of atomic facts. It should be noted that thus understood the attribute of self-subsistence or independence is a relative one, belonging to a substance - or to a fact - only in virtue of its relation to other substances - or facts.
From a Wittgensteinian point of view Aristotle's substances are not things, but hypostases of facts, and thus their names are not logically proper names, but name-like equivalents of propositions. (By that term we mean roughly either a noun clause of the form `that p', or any symbol which might be regarded as a definitional abbreviation of such clause.) Surely, from the Aristotelian point of view it might be easily retorted here that just the opposite is the case: substances are not `reified' facts, but on the contrary - facts are 'dereified' substances. Without passing judgement on these mutual objections let us note in passing that their symmetric character seems to be itself an additional manifestation of the parallelism discussed."
From: Boguslaw Wolniewicz - A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-210 (notes omitted).
--------------------------------------------------------------------------------
SELECTED PUBLICATIONS (Works in Polish are not enclosed)
In 1970 Boguslaw Wolniewicz published a Polish translation of Ludwig Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus.
A difference between Russell's and Wittgenstein's logical atomism. In Akten des XIV. Internationalen Kongresses für Philosophie. Wien, 2. - 9. September 1968 - Vol. II. Wien: Herder 1968. pp. 263-267
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.193-197
"A note on Black's 'Companion'," Mind 78: 141 (1969).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - p. 229.
"It is a mistake to suppose that in Wittgenstein's "Tractatus" the meaning of Urbild has any connexion with that of picture. "
A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-217
Proceedings of the Boston Colloquium for the philosophy of science 1966/1968.
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.198-207
"Four notion of independence," Theoria 36: 161-164 (1970).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.127-130.
WFour (binary) relations of independence I(p,q) between propositions are distinguished: the Wittgensteinian I sub-w, the statistical I sub-s, the modal I sub-m, and the deductive I sub-d. The validity of the following theorem is argued for: I sub-w(p,q) implies I sub-s(p,q) implies I sub-m(p,q) implies Isub-d(p,q). "
Wittgensteinian foundations of non-Fregean logic. In Contemporary East European philosophy. Vol. 3. Edited by D'Angelo Edward, DeGrood David, and Riepe Dale. Bridgeport: Spartacus Books 1971. pp. 231-243
"The notion of fact as a modal operator," Teorema: 59-66 (1972).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 218-224
"The notion of fact /fp = "it is a fact that p"/ is characterized axiomatically, and the ensuing modal systems shown to be equivalent to tT, S4 and S5 respectively."
Zur Semantik des Satzkalküls: Frege und Wittgenstein. In Der Mensch - Subjekt und Objekt (Festchrift für Adam Schaff). Edited by Borbé Tasso. Wien: Europaverl. 1973. pp.
Sachlage und Elementarsätz. In Wittgenstein and his impact on contemporary thought. Proceedings of the Second International Wittgenstein Symposium, 29th August to 4th September 1977, Kirchberg/Wechsel (Austria). Edited by Leinfellner Elisabeth. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1977. pp. 174-176
"Objectives of propositions," Bulletin of the Section of Logic 7: 143-147 (1978).
"The paper sketches out a semantics for propositions based upon the Wittgensteinian notion of a possible situation. The objective of a proposition is defined as the smallest situation verifying it. Two propositions are assumed to have the same objective iff they are strictly equivalent. Formulas are given which determine the objectives of conjunction and disjunction as functions of the objectives of their components. finally a link with possible-world semantics is established."
"Situations as the reference of propositions," Dialectics and Humanism 5: 171-182 (1978).
"The reference of propositions is determined for a class of languages to be called the "Wittgensteinian" ones. A meaningful proposition presents a possible situation. Every consistent conjunction of elementary propositions presents an elementary situation. The smallest elementary situations are the "Sachverhalte"; the greatest are possible worlds. The situation presented by a proposition is to be distinguished from that verifying it, but the greatest situation presented is identical with the smallest verifying. The reference of compound propositions is then determined as a function of their components."
"Les situations comme corrélats semantiques des enoncés," Studia Filozoficzne 2: 27-41 (1978).
Wittgenstein und der Positivismus. In Wittgenstein, the Vienna circle and critical rationalism. Proceedings of the third International Wittgenstein Symposium, 13th to 19th August 1978, Kirchberg am Wechsel (Austria). Edited by Bergehel Hal, Hübner Adolf, and Eckehart Köhler. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1978. pp. 75-77
"Some formal properties of objectives," Bulletin of the Section of Logic 8: 16-20 (1979).
"The objectives of propositions as defined in an earlier paper are shown here to form a distributive lattice."
A Wittgensteinian semantics for propositions. In Intention and intentionality. Essay in honour of G. E. M. Anscombe. Edited by Diamond Cora and Teichman Jenny. Ithaca: Cornell University Press 1979. pp. 165-178
"More than once Professor Anscombe has expressed doubt concerning the semantic efficacy of the idea of an 'elementary proposition' as conceived in the Tractatus. Wittgenstein himself eventually discarded it, together with the whole philosophy of language of which it had been an essential part. None the less the idea is still with us, and it seems to cover theoretical potentialities yet to be explored. This paper is a tentative move in that direction.
According to Professor Anscombe, (*) Wittgenstein's 'elementary propositions' may be characterized by the following five theses:
(1) They are a class of mutually independent propositions.
(2) They are essentially positive.
(2) They are such that for each of them there are no two ways of being true or false, but only one.
(4) They are such that there is in them no distinction between an internal and an external negation.
(5) They are concatenations of names, which are absolutely simple signs.
We shall not investigate whether this is an adequate axiomatic for the notion under consideration. We suppose it is. In any case it is possible to modify it in one way or another, and for the resulting notion still to preserve a family resemblance with the original idea. One such modification is sketched out below."
"On the lattice of elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 9: 115-121 (1980).
"On the verifiers of disjunction," Bulletin of the Section of Logic 9: 57-59 (1980).
"The Boolean algebra of objectives," Bulletin of the Section of Logic 10: 17-23 (1981).
"This concludes a series of papers constructing a semantics for propositional languages based on the notion of a possible "situation". Objectives of propositions are the situations described by them. The set of objectives is defined and shown to be a boolean algebra isomorphic to that formed by sets of possible worlds."
"A closure system for elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 11: 134-139 (1982).
"On logical space," Bulletin of the Section of Logic 11: 84-88 (1982).
"Ludwig Fleck and Polish philosophy," Dialectics and Humanism 9: 25-28 (1982).
"A formal ontology of situations," Studia Logica 41: 381-413 (1982).
"A generalized Wittgensteinian semantics for propositional languages is presented, based on a lattice of elementary situations. Of these, maximal ones are possible worlds, constituting a logical space; minimal ones are logical atoms, partitioned into its dimensions. A verifier of a proposition is an elementary situation such that if real it makes true. The reference (or objective) of a proposition is a situation, which is the set of all its minimal verifiers. (Maximal ones constitute its locus.) Situations are shown to form a Boolean algebra, and the Boolean set algebra of loci is its representation. Wittgenstein's is a special case, admitting binary dimensions only."
Contents:
0. Preliminaries;
1. Elementary Situations
1.1.The Axioms; 1.2.Some Consequences; 1.3. W-Independence; 1.4.States of Affairs;
2. Sets of Elementary Situations
2.1.The Semigroup of SE"-Sets; 2.2.The Lattice of Minimal SE"-Sets; 2.3.Q-Spaces and V-Sets; 2.4.V-Equivalence and Q-Equivalence; 2.4.V-Classes and V-Sets;
3. Objectives of Propositions
3.1. Verifiers of Propositions; 3.2. Verifying and Forcing; 3.3. Situations and Logical Loci; 3.4. Loci and Objectives of Compound Propositions 3.5. The Boolean Algebra of Situations;
4. References
"Truth arguments and independence," Bulletin of the Section of Logic 12: 21-28 (1983).
"Logical space and metaphysical systems," Studia Logica 42: 269-284 (1983).
"The paper applies the theory presented in "A formal ontology of situations" (Studia Logica, vol. 41 (1982), no. 4) to obtain a typology of metaphysical systems by interpreting them as different ontologies of situations.
Four are treated in some detail: Hume's diachronic atomism, Laplacean determinism, Hume's synchronic atomism, and Wittgenstein's logical atomism. Moreover, the relation of that theory to the "situation semantics" of Perry and Barwise is discussed."
"An algebra of subsets for join-semilatttices with unit," Bulletin of the Section of Logic 13: 21-24 (1984).
"A topology for logical space," Bulletin of the Section of Logic 13: 255-259 (1984).
"Suszko: a reminiscence," Studia Logica 43: 317-321 (1984).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.302-306
"Die Grundwerte einer wissenschaftlichen Weltauffassaung," Conceptus 19: 3-8 (1985).
"The scientific world-view is one of the fundamentals of our culture. It can be characterized in part by its specific system of values. A world-view is regarded as a scientific one if "truth" is one of its primary values, that is, as a value which is not a means, but an end in itself. Truth is served in particular by the two instrumental values of conceptual clarity and openness to critique. Their standing is (at present) low, for two reasons. (1) Unclear thinking not only promotes social idols; its consequences are also often difficult to see clearly and immediately. (2) In any case truth is of no interest (in a biological sense) to human beings; therefore, critique can at best be a socially tolerated activity. On the other hand, truth is not only a value, but also a force which in the long run cannot be held back; this fact gives some hope to adherents of the scientific world-view. "
"Discreteness of logical space," Bulletin of the Section of Logic 15: 132-136 (1986).
"Entailments and independence in join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 2-5 (1989).
"The paper generalizes Wittgenstein's notion of independence. in a join-semilattice of elementary situations the atoms are the Sachverhalte, and maximal ideals are possible worlds. A subset of that semilattice is independent iff it is free of "ontic ties". This is shown to be equivalent to independence in von Neumann's sense."
"On atomic join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 105-111 (1989).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 307-312.
The essence of Logical Atomism: Hume and Wittgenstein. In Wittgenstein. Eine Neubewertung. Akten 14. Internationale Wittgenstein-Symposium. Vol. 1. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1990. pp. 106-111
"A question about join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic: 108 (1990).
Concerning reism in Kotarbinski. In Kotarbinski: logic. semantics and ontology. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1990. pp. 199-204
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.265-271
Elzenberg's logic of values. In Logic counts. Edited by Zarnecka-Bialy Ewa. Dordrecht: Kluwe 1990. pp. 63-70
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 286-292 (with the title: Elzenberg's axiology"
"1. Values are what our value-Judgements refer to, and the passing of Judgements is one of our vital activities, like sleeping and breathing. We constantly appraise things as good or bad, pretty or ugly, as noble or base, well-made or misshapen. No wonder that both the act of appraisal and that which it refers to - i.e. the real or spurious values - have been always the source of philosophical reflexion. In systematic form such reflexion is what we call axiology.
In Polish philosophy it was Henryk Elzenberg (1887-1967) who reflected upon matters of axiology most deeply and incisively.
(...)
3. Leibniz had said somewhere: "There are two mazes in which the human mind is most likely to get lost: one is the concept of continuity, the other is that of liberty". This admits of generalization: all concepts are mazes, viz mazes of logical relations between the propositions that involve them.
One such maze is the concept of 'value'. Possibly, it is even the same as one of the two mentioned by Leibniz, only entered - so to say - by another door. For it would be in full accord with Elzenberg's position - and with that of Kant too - to adopt the following characteristic: values are what controls the actions of free agents. Thus the concepts of value and of liberty should constitute one conceptual maze, or - which comes to the same - two mazes communicating with each other.
To get a survey of such logical maze the first thing is to fix the ontological category of the concept in question. Thus, in our case, we ask what kind of entities are those 'values' supposed to be. (Ontological categories are the most general classes of entities, the summa genera A term even more general has to cover literally everything: like 'entity' or 'something'. For everything is an entity, just as everything is a something.)
Different ontologies admit different sets of categories. The categories most frequently referred to are those of 'objects', 'properties', and 'relations'; the more exotic ones are those of an 'event', a 'set', a 'function', or a 'situation'. One point, however, is of paramount importance: the categories admitted In one ontology have to be mutually disjoint". p. 63; 66.
"A sequel to Hawranek/Zygmunt," Bulletin of the Section of Logic 20: 143-144 (1991).
Needs and value. In Logic and ethics. Edited by Geach Peter. Dordrecht: Kluwer 1991. pp.
On the discontinuity of Wittgenstein's philosophy. In Peter Geach: philosophical encounters. Edited by Lewis Harry. Dordrecht: Kluwer 1991. pp. 77-81
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 13-17.
"A question of logic in the philosophy of religion," Bulletin of the Section of Logic 22: 33-36 (1993).
On the synthetic a priori. In Philosophical logic in Poland. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1994. pp. 327-336
Logic and metaphysics. Studies in Wittgenstein's ontology of facts. Warsaw: Polskie Towarzystwo Semiotyczne 1999.
Contents: Preface 11; Discontinuity of Wittgenstein's philosophy 13; 1. Elementary situations as a lattice of finite length 19; Elementary situations as a semilattice 73; 3. Independence 127; 4. Elementary situations generalized 137; 5. Auxiliary studies 193; 5.1 The Logical Atomisms of Russell and Wittgenstein 193; 5.2 A parallelism between Wittgenstein and Aristotle 198; 5.3 Frege's semantics 207; 5.4. The notion of fact as a modal operator 218; 5.5 "Tractatus" 5.541 - 5.542 224; 5.6 History of the concept of a Situation 229; 6. Offshoots 243 6.1 Languages and codes 243; 6.2 Logic and hermeneutics 254; 6.3 Kotarbinski's Reism 265; 6.4 On Bayle's critique of theodicy 271; 6.5 Elzenberg's axiology 286; 6.6 Needs and values 293; 6.7 Suszko: a reminiscence 302; Supplements 307; Indices: Index of subjects 317; Index of names 326; Index of Tractatus references 329.
"Atoms in semantic frames," Logica Trianguli 4: 69-86 (2000).
"Elaborating on Wittgenstein's ontology of facts, semantic frames are described axiomatically as based on the notion of an elementary situation being the verifier of a proposition. Conditions are investigated then for suchframes to be atomic, i.e. to have lattice-theoretic counterparts of his "Sachverhalte"."
"Extending atomistic frames," Logica Trianguli 5 (2001).
Tractatus 5.541 - 5.542. In Satz un Sachverhalt. Edited by Neumaier Otto. Sankt Augustin: Academia Verlag 2001. pp. 185-190
"In Wittgenstein's "Tractatus", thesis 5 is the Principle of Extensionality: all propositions are truth-functions of their clauses. This, however, has been often thrown into doubt. There are - it is said - compound propositions whose truth-value does not depend on that of their clauses. The usual example given are the so-called intensional contexts, like "John thinks that p", or "John says that p". And indeed, the truth-value of "p" is patently immaterial here to that of the whole proposition which it is part of.
Wittgenstein's retort are the following much discussed theses, adduced here in a translation of our own:
5.54 In the general propositional form, propositions occur in one another only as bases of truth-operations.
5.541 At first sight it seems that a proposition might occur in another also in a different way.
Particularly in certain propositional forms of psychology, like "A believes that p is the case", "A thinks p", etc.
For taken superficially, proposition p seems here to stand to the object A in some sort of relation.
(And in modem epistemology - Russell, Moore, etc. - these have actually been construed that way.)
5.542 However, "A believes that p", "A thinks p", "A says p" are clearly of the form " 'p' says p "; and this is not correlating a fact with an object, but a correlation of facts by correlating their objects.
The objection is met here in two steps. Firstly, it is pointed out that a proposition of the form "John says that p" is actually of the form "'p' says that p". The idea is this: the proposition "John says that Jill has a cat" means: John produces the sentence "Jill has a cat", the latter saying by itself that Jill has a cat. In such a way propositions get independent of the persons producing them, and communicate some objective content. It is surely not by John's looks that we come to know about Jill's cat, but merely by his words. Whom they stem from, is irrelevant.
In his second step Wittgenstein follows Frege's interpretation of indirect speech, but with modifications. He points out that the formula " 'p' says that p " is equivalent to some compound proposition in which neither the proposition "p" as a syntactic unit, nor anything equivalent to it, does occur although there occur all the logically relevant constituents of "p" separately.
(...)
The distinction between abstract and concrete states of affairs is not drawn explicitly in the "Tractatus". But it fits well thesis 5.156, if we expand that thesis by a few words of comment, added here in brackets:
5.156(d) A proposition may well be en incomplete image of a particular (concrete) situation, but it is always the complete image (of an abstract one).
The circumstance that in 5.156 not "states of affairs", but "situations" are mentioned, is of no consequence in our context. We assume that states of affairs are just atomic situations, and so the distinction between "concrete" and "abstract" applies to both."
"Extending atomistic frames: part II," Logica Trianguli 6: 69-88 (2003).
"The paper concludes an earlier one (Logica Trianguli, 5) on extensions of atomistic semantic frames. Three kinds of extension are considered: the adjunctive, the conjunctive, and the disjunctive one. Some theorems are proved on extending "Humean" frames, i.e. such that the elementary situations constituting their universa are separated by the maximally coherent sets of them ("realizations")."
"On a minimality condition," Bulletin of the Section of Logic 34: 227-228 (2005).

Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) - filozof i logik. Publicysta i felietonista m.in. Telewizji Trwam, Radia Maryja , Naszego Dziennika. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke.
Życiorys
Studiował w latach 1947-1951 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pod kierunkiem Tadeusza Czeżowskiego. Do 1953 r. był asystentem w Katedrze Logiki UMK, a od 1956 r. wykładowcą na WSP w Gdańsku. W 1963 r. został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego z inicjatywy Adama Schaffa. Do 1998 r. był profesorem w Instytucie Filozofii UW, kiedy to odszedł na emeryturę. W latach 1956 - 1981 członek PZPR.
Nauka
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy wielkich myślicieli, m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.
Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Polityka
Bogusław Wolniewicz startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie został posłem.
9 kwietnia 2006 Wolniewicz, wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem, zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, poparty m.in. przez przedstawicieli świata nauki i mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji"[1]. Wolniewicz wyraził przekonanie, że Rada Etyki Mediów chce "nałożyć Polsce kaganiec na swobodę publicznej dyskusji" i "wprowadzić skrytą cenzurę"[2]. Inicjatywa ta miała miejsce po tym, jak Rada Etyki Mediów oraz Marek Edelman skrytykowali[3] Radio Maryja za nadanie, określanego przez nich jako antysemickiego, felietonu[4] Stanisława Michalkiewicza, a kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego zażądało od prokuratury wszczęcia postępowania przeciwko autorowi[5].
Wybrane pisma
Ontologia sytuacji : podstawy i zastosowania, Warszawa : Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości : rozprawy i wypowiedzi : z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics : studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa : "Znak, Język, Rzeczywistość" : Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Boguslaw Wolniewicz and the Formal Ontology of Situations
INTRODUCTION
"The theory presented below was developed in an effort to clarify the metaphysics of Wittgenstein's Tractatus. The result obtained, however, is not strictly the formal twin of his variant of Logical Atomism. but something more, general, of which the latter is lust a special case. One might call it an ontology of situations. Some basic ideas of that ontology stern from Stenius Wittgenstein's Tractatus, Oxford, 1968 and Suszko Ontology in the Tractatus of L. Wittgenstein - Notre Dame Journal of Formal Logic, 1968.
Let L be a classic propositional language. Propositions of L are supposed to have their semantic counterparts in the realm of possibility, or as Wittgenstein put it: in logical space. These counterparts are situations, and S is to be the totality of them. The situation described by a proposition a is S(a). With Meinong we call it the objective of a."
From: Boguslaw Wolniewicz - A formal ontology of situations - Studia Logica 41: 381-413 (1982). pp. 381-382.
"Different ontologies adopt different notions of existence as basic. Aristotle's paradigm of existence is given by the equivalence:
(A) to be = to be a substance.
On the other hand, the paradigm of existence adopted in Wittgenstein's Tractatus is given by the parallel equivalence:
(W) to be = to be a fact.
Now, an Aristotelian substance is the denotation of an individual name, whereas a Wittgensteinian fact is the denotation of a true proposition. It seems therefore that the notions of existence derived from these two paradigms should be quite different, and one might readily expect that the metaphysical systems erected upon them will display wide structural discrepancies.
It turns out, however, that in spite of this basic difference there runs between these two systems a deep and striking parallelism. This parallelism is so close indeed that it makes possible the construction of a vocabulary which would transform characteristic propositions of Wittgenstein's ontology into Aristotelian ones, and conversely. To show in some detail the workings of that transformation will be the subject of this paper.
The vocabulary mentioned is based on the following four fundamental correlations:
Aristotle
Wittgenstein
1) primary substances (substantiae primae)
atomic facts
2) prime matter (materia prima)
objects
3) form (forma)
configuration
4) self-subsistence of primary substances (esse per se)
independence of atomic facts
Aristotle's ontology is an ontology of substances, Wittgenstein's ontology is an ontology of facts. But concerning the respective items of each of the pairs (1)-(4) both ontologies lay down conditions which in view of our vocabulary appear to be identical. To show this let us confront, to begin with, the items of pair (1): substances and facts.
(The interpretation of Aristotle adopted in this paper is the standard one, to be found in any competent textbook of the history of philosophy. Therefore, with but one exception, no references to Aristotle's works will be given here.)Relatively to the system involved substances and facts are of the same ontological status. Aristotle's world is the totality of substances (summa rerum), Wittgenstein's world is the totality of facts (die Gesamtheit der Tatsachen). For Aristotle whatever exists in the basic sense of the word is a primary substance, for Wittgenstein - an atomic fact. Moreover, both ontologies are MODAL ones, allowing for different modes of being (modi essendi); and both take as basic the notion of `contingent being' (esse contingens), opposed to necessary being on the one hand, and to the possibility of being on the other. Both substances and facts are entities which actually exist, but might have not existed. The equality of ontological status between substances and facts is corroborated by the circumstance that both are PARTICULARS, there being - as the saying goes - no multiplicity of entities which FALL UNDER them.
Substances and facts stand also in the same relation to the ontological categories of pairs (2) and (3). Both are always COMPOUND entities, a substance consisting of matter and form, and a fact consisting of objects and the way of their configuration. But in neither of the two systems is this compoundness to be understood literally as composition of physically separable parts or pieces. The compoundness (compositio) of a substance consists in its being formed stuff (materia informata), and the compoundness of a fact in its being a configuration of objects.
In view of correlation (4) we have also an equality of relation which a substance bears to other substances, and a fact to other facts. Self-subsistence is the characteristic attribute of primary substances: substantia prima = ens per se. If we take this to mean that each substance exists independently of the existence or non-existence of any other substance we get immediately the exact counterpart of Wittgenstein's principle of logical atomism stating the mutual independence of atomic facts. It should be noted that thus understood the attribute of self-subsistence or independence is a relative one, belonging to a substance - or to a fact - only in virtue of its relation to other substances - or facts.
From a Wittgensteinian point of view Aristotle's substances are not things, but hypostases of facts, and thus their names are not logically proper names, but name-like equivalents of propositions. (By that term we mean roughly either a noun clause of the form `that p', or any symbol which might be regarded as a definitional abbreviation of such clause.) Surely, from the Aristotelian point of view it might be easily retorted here that just the opposite is the case: substances are not `reified' facts, but on the contrary - facts are 'dereified' substances. Without passing judgement on these mutual objections let us note in passing that their symmetric character seems to be itself an additional manifestation of the parallelism discussed."
From: Boguslaw Wolniewicz - A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-210 (notes omitted).
--------------------------------------------------------------------------------
SELECTED PUBLICATIONS (Works in Polish are not enclosed)
In 1970 Boguslaw Wolniewicz published a Polish translation of Ludwig Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus.
A difference between Russell's and Wittgenstein's logical atomism. In Akten des XIV. Internationalen Kongresses für Philosophie. Wien, 2. - 9. September 1968 - Vol. II. Wien: Herder 1968. pp. 263-267
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.193-197
"A note on Black's 'Companion'," Mind 78: 141 (1969).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - p. 229.
"It is a mistake to suppose that in Wittgenstein's "Tractatus" the meaning of Urbild has any connexion with that of picture. "
A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-217
Proceedings of the Boston Colloquium for the philosophy of science 1966/1968.
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.198-207
"Four notion of independence," Theoria 36: 161-164 (1970).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.127-130.
WFour (binary) relations of independence I(p,q) between propositions are distinguished: the Wittgensteinian I sub-w, the statistical I sub-s, the modal I sub-m, and the deductive I sub-d. The validity of the following theorem is argued for: I sub-w(p,q) implies I sub-s(p,q) implies I sub-m(p,q) implies Isub-d(p,q). "
Wittgensteinian foundations of non-Fregean logic. In Contemporary East European philosophy. Vol. 3. Edited by D'Angelo Edward, DeGrood David, and Riepe Dale. Bridgeport: Spartacus Books 1971. pp. 231-243
"The notion of fact as a modal operator," Teorema: 59-66 (1972).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 218-224
"The notion of fact /fp = "it is a fact that p"/ is characterized axiomatically, and the ensuing modal systems shown to be equivalent to tT, S4 and S5 respectively."
Zur Semantik des Satzkalküls: Frege und Wittgenstein. In Der Mensch - Subjekt und Objekt (Festchrift für Adam Schaff). Edited by Borbé Tasso. Wien: Europaverl. 1973. pp.
Sachlage und Elementarsätz. In Wittgenstein and his impact on contemporary thought. Proceedings of the Second International Wittgenstein Symposium, 29th August to 4th September 1977, Kirchberg/Wechsel (Austria). Edited by Leinfellner Elisabeth. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1977. pp. 174-176
"Objectives of propositions," Bulletin of the Section of Logic 7: 143-147 (1978).
"The paper sketches out a semantics for propositions based upon the Wittgensteinian notion of a possible situation. The objective of a proposition is defined as the smallest situation verifying it. Two propositions are assumed to have the same objective iff they are strictly equivalent. Formulas are given which determine the objectives of conjunction and disjunction as functions of the objectives of their components. finally a link with possible-world semantics is established."
"Situations as the reference of propositions," Dialectics and Humanism 5: 171-182 (1978).
"The reference of propositions is determined for a class of languages to be called the "Wittgensteinian" ones. A meaningful proposition presents a possible situation. Every consistent conjunction of elementary propositions presents an elementary situation. The smallest elementary situations are the "Sachverhalte"; the greatest are possible worlds. The situation presented by a proposition is to be distinguished from that verifying it, but the greatest situation presented is identical with the smallest verifying. The reference of compound propositions is then determined as a function of their components."
"Les situations comme corrélats semantiques des enoncés," Studia Filozoficzne 2: 27-41 (1978).
Wittgenstein und der Positivismus. In Wittgenstein, the Vienna circle and critical rationalism. Proceedings of the third International Wittgenstein Symposium, 13th to 19th August 1978, Kirchberg am Wechsel (Austria). Edited by Bergehel Hal, Hübner Adolf, and Eckehart Köhler. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1978. pp. 75-77
"Some formal properties of objectives," Bulletin of the Section of Logic 8: 16-20 (1979).
"The objectives of propositions as defined in an earlier paper are shown here to form a distributive lattice."
A Wittgensteinian semantics for propositions. In Intention and intentionality. Essay in honour of G. E. M. Anscombe. Edited by Diamond Cora and Teichman Jenny. Ithaca: Cornell University Press 1979. pp. 165-178
"More than once Professor Anscombe has expressed doubt concerning the semantic efficacy of the idea of an 'elementary proposition' as conceived in the Tractatus. Wittgenstein himself eventually discarded it, together with the whole philosophy of language of which it had been an essential part. None the less the idea is still with us, and it seems to cover theoretical potentialities yet to be explored. This paper is a tentative move in that direction.
According to Professor Anscombe, (*) Wittgenstein's 'elementary propositions' may be characterized by the following five theses:
(1) They are a class of mutually independent propositions.
(2) They are essentially positive.
(2) They are such that for each of them there are no two ways of being true or false, but only one.
(4) They are such that there is in them no distinction between an internal and an external negation.
(5) They are concatenations of names, which are absolutely simple signs.
We shall not investigate whether this is an adequate axiomatic for the notion under consideration. We suppose it is. In any case it is possible to modify it in one way or another, and for the resulting notion still to preserve a family resemblance with the original idea. One such modification is sketched out below."
"On the lattice of elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 9: 115-121 (1980).
"On the verifiers of disjunction," Bulletin of the Section of Logic 9: 57-59 (1980).
"The Boolean algebra of objectives," Bulletin of the Section of Logic 10: 17-23 (1981).
"This concludes a series of papers constructing a semantics for propositional languages based on the notion of a possible "situation". Objectives of propositions are the situations described by them. The set of objectives is defined and shown to be a boolean algebra isomorphic to that formed by sets of possible worlds."
"A closure system for elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 11: 134-139 (1982).
"On logical space," Bulletin of the Section of Logic 11: 84-88 (1982).
"Ludwig Fleck and Polish philosophy," Dialectics and Humanism 9: 25-28 (1982).
"A formal ontology of situations," Studia Logica 41: 381-413 (1982).
"A generalized Wittgensteinian semantics for propositional languages is presented, based on a lattice of elementary situations. Of these, maximal ones are possible worlds, constituting a logical space; minimal ones are logical atoms, partitioned into its dimensions. A verifier of a proposition is an elementary situation such that if real it makes true. The reference (or objective) of a proposition is a situation, which is the set of all its minimal verifiers. (Maximal ones constitute its locus.) Situations are shown to form a Boolean algebra, and the Boolean set algebra of loci is its representation. Wittgenstein's is a special case, admitting binary dimensions only."
Contents:
0. Preliminaries;
1. Elementary Situations
1.1.The Axioms; 1.2.Some Consequences; 1.3. W-Independence; 1.4.States of Affairs;
2. Sets of Elementary Situations
2.1.The Semigroup of SE"-Sets; 2.2.The Lattice of Minimal SE"-Sets; 2.3.Q-Spaces and V-Sets; 2.4.V-Equivalence and Q-Equivalence; 2.4.V-Classes and V-Sets;
3. Objectives of Propositions
3.1. Verifiers of Propositions; 3.2. Verifying and Forcing; 3.3. Situations and Logical Loci; 3.4. Loci and Objectives of Compound Propositions 3.5. The Boolean Algebra of Situations;
4. References
"Truth arguments and independence," Bulletin of the Section of Logic 12: 21-28 (1983).
"Logical space and metaphysical systems," Studia Logica 42: 269-284 (1983).
"The paper applies the theory presented in "A formal ontology of situations" (Studia Logica, vol. 41 (1982), no. 4) to obtain a typology of metaphysical systems by interpreting them as different ontologies of situations.
Four are treated in some detail: Hume's diachronic atomism, Laplacean determinism, Hume's synchronic atomism, and Wittgenstein's logical atomism. Moreover, the relation of that theory to the "situation semantics" of Perry and Barwise is discussed."
"An algebra of subsets for join-semilatttices with unit," Bulletin of the Section of Logic 13: 21-24 (1984).
"A topology for logical space," Bulletin of the Section of Logic 13: 255-259 (1984).
"Suszko: a reminiscence," Studia Logica 43: 317-321 (1984).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.302-306
"Die Grundwerte einer wissenschaftlichen Weltauffassaung," Conceptus 19: 3-8 (1985).
"The scientific world-view is one of the fundamentals of our culture. It can be characterized in part by its specific system of values. A world-view is regarded as a scientific one if "truth" is one of its primary values, that is, as a value which is not a means, but an end in itself. Truth is served in particular by the two instrumental values of conceptual clarity and openness to critique. Their standing is (at present) low, for two reasons. (1) Unclear thinking not only promotes social idols; its consequences are also often difficult to see clearly and immediately. (2) In any case truth is of no interest (in a biological sense) to human beings; therefore, critique can at best be a socially tolerated activity. On the other hand, truth is not only a value, but also a force which in the long run cannot be held back; this fact gives some hope to adherents of the scientific world-view. "
"Discreteness of logical space," Bulletin of the Section of Logic 15: 132-136 (1986).
"Entailments and independence in join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 2-5 (1989).
"The paper generalizes Wittgenstein's notion of independence. in a join-semilattice of elementary situations the atoms are the Sachverhalte, and maximal ideals are possible worlds. A subset of that semilattice is independent iff it is free of "ontic ties". This is shown to be equivalent to independence in von Neumann's sense."
"On atomic join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 105-111 (1989).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 307-312.
The essence of Logical Atomism: Hume and Wittgenstein. In Wittgenstein. Eine Neubewertung. Akten 14. Internationale Wittgenstein-Symposium. Vol. 1. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1990. pp. 106-111
"A question about join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic: 108 (1990).
Concerning reism in Kotarbinski. In Kotarbinski: logic. semantics and ontology. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1990. pp. 199-204
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.265-271
Elzenberg's logic of values. In Logic counts. Edited by Zarnecka-Bialy Ewa. Dordrecht: Kluwe 1990. pp. 63-70
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 286-292 (with the title: Elzenberg's axiology"
"1. Values are what our value-Judgements refer to, and the passing of Judgements is one of our vital activities, like sleeping and breathing. We constantly appraise things as good or bad, pretty or ugly, as noble or base, well-made or misshapen. No wonder that both the act of appraisal and that which it refers to - i.e. the real or spurious values - have been always the source of philosophical reflexion. In systematic form such reflexion is what we call axiology.
In Polish philosophy it was Henryk Elzenberg (1887-1967) who reflected upon matters of axiology most deeply and incisively.
(...)
3. Leibniz had said somewhere: "There are two mazes in which the human mind is most likely to get lost: one is the concept of continuity, the other is that of liberty". This admits of generalization: all concepts are mazes, viz mazes of logical relations between the propositions that involve them.
One such maze is the concept of 'value'. Possibly, it is even the same as one of the two mentioned by Leibniz, only entered - so to say - by another door. For it would be in full accord with Elzenberg's position - and with that of Kant too - to adopt the following characteristic: values are what controls the actions of free agents. Thus the concepts of value and of liberty should constitute one conceptual maze, or - which comes to the same - two mazes communicating with each other.
To get a survey of such logical maze the first thing is to fix the ontological category of the concept in question. Thus, in our case, we ask what kind of entities are those 'values' supposed to be. (Ontological categories are the most general classes of entities, the summa genera A term even more general has to cover literally everything: like 'entity' or 'something'. For everything is an entity, just as everything is a something.)
Different ontologies admit different sets of categories. The categories most frequently referred to are those of 'objects', 'properties', and 'relations'; the more exotic ones are those of an 'event', a 'set', a 'function', or a 'situation'. One point, however, is of paramount importance: the categories admitted In one ontology have to be mutually disjoint". p. 63; 66.
"A sequel to Hawranek/Zygmunt," Bulletin of the Section of Logic 20: 143-144 (1991).
Needs and value. In Logic and ethics. Edited by Geach Peter. Dordrecht: Kluwer 1991. pp.
On the discontinuity of Wittgenstein's philosophy. In Peter Geach: philosophical encounters. Edited by Lewis Harry. Dordrecht: Kluwer 1991. pp. 77-81
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 13-17.
"A question of logic in the philosophy of religion," Bulletin of the Section of Logic 22: 33-36 (1993).
On the synthetic a priori. In Philosophical logic in Poland. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1994. pp. 327-336
Logic and metaphysics. Studies in Wittgenstein's ontology of facts. Warsaw: Polskie Towarzystwo Semiotyczne 1999.
Contents: Preface 11; Discontinuity of Wittgenstein's philosophy 13; 1. Elementary situations as a lattice of finite length 19; Elementary situations as a semilattice 73; 3. Independence 127; 4. Elementary situations generalized 137; 5. Auxiliary studies 193; 5.1 The Logical Atomisms of Russell and Wittgenstein 193; 5.2 A parallelism between Wittgenstein and Aristotle 198; 5.3 Frege's semantics 207; 5.4. The notion of fact as a modal operator 218; 5.5 "Tractatus" 5.541 - 5.542 224; 5.6 History of the concept of a Situation 229; 6. Offshoots 243 6.1 Languages and codes 243; 6.2 Logic and hermeneutics 254; 6.3 Kotarbinski's Reism 265; 6.4 On Bayle's critique of theodicy 271; 6.5 Elzenberg's axiology 286; 6.6 Needs and values 293; 6.7 Suszko: a reminiscence 302; Supplements 307; Indices: Index of subjects 317; Index of names 326; Index of Tractatus references 329.
"Atoms in semantic frames," Logica Trianguli 4: 69-86 (2000).
"Elaborating on Wittgenstein's ontology of facts, semantic frames are described axiomatically as based on the notion of an elementary situation being the verifier of a proposition. Conditions are investigated then for suchframes to be atomic, i.e. to have lattice-theoretic counterparts of his "Sachverhalte"."
"Extending atomistic frames," Logica Trianguli 5 (2001).
Tractatus 5.541 - 5.542. In Satz un Sachverhalt. Edited by Neumaier Otto. Sankt Augustin: Academia Verlag 2001. pp. 185-190
"In Wittgenstein's "Tractatus", thesis 5 is the Principle of Extensionality: all propositions are truth-functions of their clauses. This, however, has been often thrown into doubt. There are - it is said - compound propositions whose truth-value does not depend on that of their clauses. The usual example given are the so-called intensional contexts, like "John thinks that p", or "John says that p". And indeed, the truth-value of "p" is patently immaterial here to that of the whole proposition which it is part of.
Wittgenstein's retort are the following much discussed theses, adduced here in a translation of our own:
5.54 In the general propositional form, propositions occur in one another only as bases of truth-operations.
5.541 At first sight it seems that a proposition might occur in another also in a different way.
Particularly in certain propositional forms of psychology, like "A believes that p is the case", "A thinks p", etc.
For taken superficially, proposition p seems here to stand to the object A in some sort of relation.
(And in modem epistemology - Russell, Moore, etc. - these have actually been construed that way.)
5.542 However, "A believes that p", "A thinks p", "A says p" are clearly of the form " 'p' says p "; and this is not correlating a fact with an object, but a correlation of facts by correlating their objects.
The objection is met here in two steps. Firstly, it is pointed out that a proposition of the form "John says that p" is actually of the form "'p' says that p". The idea is this: the proposition "John says that Jill has a cat" means: John produces the sentence "Jill has a cat", the latter saying by itself that Jill has a cat. In such a way propositions get independent of the persons producing them, and communicate some objective content. It is surely not by John's looks that we come to know about Jill's cat, but merely by his words. Whom they stem from, is irrelevant.
In his second step Wittgenstein follows Frege's interpretation of indirect speech, but with modifications. He points out that the formula " 'p' says that p " is equivalent to some compound proposition in which neither the proposition "p" as a syntactic unit, nor anything equivalent to it, does occur although there occur all the logically relevant constituents of "p" separately.
(...)
The distinction between abstract and concrete states of affairs is not drawn explicitly in the "Tractatus". But it fits well thesis 5.156, if we expand that thesis by a few words of comment, added here in brackets:
5.156(d) A proposition may well be en incomplete image of a particular (concrete) situation, but it is always the complete image (of an abstract one).
The circumstance that in 5.156 not "states of affairs", but "situations" are mentioned, is of no consequence in our context. We assume that states of affairs are just atomic situations, and so the distinction between "concrete" and "abstract" applies to both."
"Extending atomistic frames: part II," Logica Trianguli 6: 69-88 (2003).
"The paper concludes an earlier one (Logica Trianguli, 5) on extensions of atomistic semantic frames. Three kinds of extension are considered: the adjunctive, the conjunctive, and the disjunctive one. Some theorems are proved on extending "Humean" frames, i.e. such that the elementary situations constituting their universa are separated by the maximally coherent sets of them ("realizations")."
"On a minimality condition," Bulletin of the Section of Logic 34: 227-228 (2005).
Sunday, July 1, 2007
Zadamy od Agnieszki Holland przeproszenia Polski

Zadamy od Agnieszki Holland przeproszenia Polski i Polakow w kraju i za granica.
Pani Holland,
Urodzila sie pani i wychowala sie w Polsce, tu w Polsce pani dostala wyksztalcenie a teraz pani szkaluje Polakow i nasz kraj ojczysty w mediach zagranicznych i TVN 24.
Jako Polak z USA stracilem wszelki szacunek dla pani i pani dorabku filmowego.
Skad pani dostaje takie informacje o Polsce jakie pani prezentuje o 4 Rzeczpospolitej? Z " Die Welt, TVN 24,El Pais, z Gazety Wyborczej?
Jesli tak pani nienawidzi Polski i Polakow to niech pani odda wszelkie polskie nagrody nadane w Polsce i nie wraca to naszego kraju.
Mysle jednak ze kiedys polskie sumienie sie w pani ubudzi i przeprosi pani narod polski.
Nie mam nic dodac czy odjac. Tak to czysta prawda.
Apeluje Polakow w kraju i za granica do napisania listow protestu. Prosze wyslac to mnie office@raqport.com albo do negatywnego dla Polski programu o Agnieszce Holland.
damapik@tvn24.pl Anita Werner jest absolwentką Wydziału Filmoznawstwa w Łodzi. W TVN24 jest prezenterką popołudniowego wydania „Faktów” oraz „Poranka w TVN24”. Jest też autorką i prowadzącą programu „Dama Pik”.
Panie Werner zadaniem dziennikaza jest tez zapytac rozmowce negatywnie wypowiadajacego sie o Polsce innych pytan: dlaczego tak pani uwaza? Jest pani poza granica Polski i moze pani tylko sledzie media ktore sa znane znegatywnych opinii o Polsce i 4 RP.
Jaki interes ma pani w negowaniu Polski in Polakow.
Jesli pani sie wypowiada o opinii Polonii to kto pania do tego upowaznil?
No kto? obce lobby pani dyktuje ten komentarz?
Ultimatum Agnieszki Holland?
Felieton • tygodnik „Nasza Polska” • 5 grudnia 2006 | www.michalkiewicz.pl
W „Rzeczpospolitej – Plusie-minusie” z 25 listopada ukazała się rozmowa Barbary Hollender z Agnieszką Holland, zatytułowana w formie zwięzłego rozkazu: „Oczyścić się z nienawiści”. Oczywiście „oczyścić się z nienawiści” mają tubylczy Irokezi, ponieważ Agnieszka Holland jest od wszelkiej nienawiści wolna.
Jest to zrozumiałe samo przez się, bo jakże podejrzewać o coś podobnego osobę będącą „artystką o renomie światowej”, co to „pracuje w Europie i w Ameryce”, a ma „domy w Los Angeles, w Paryżu i w Bretanii”, w związku z czym czuje się „obywatelką świata”? Nie negując „światowej renomy” Agnieszki Holland, podobnie jak innych komplementów, którymi na „dzień dobry” podlizuje się jej Barbara Hollender, można tylko dodać, że zależy ona od sezonu.
W poprzednim sezonie podobną renomą cieszyli się różni Niemcy; taki np. Göring już sam nie wiedział, gdzie ma zamki, posiadłości i kto mu wymalował te wszystkie obrazy, ale teraz mamy inny sezon, więc i renomą i posiadłościami może cieszyć się kto inny, ot choćby Agnieszka Holland, czy Sacha Baron Cohen, który jest chyba od niej jeszcze sławniejszy.
Wróćmy jednak do rozkazu oczyszczenia się z nienawiści. Agnieszka Holland twierdzi, że w Polsce do życia publicznego „wprowadza się język nienawiści, pomówień i kłamstw”, „jakiego nigdy przedtem tu nie było”. No proszę: „nigdy przedtem”. A więc „języka nienawiści, pomówień i kłamstw” nie było ani za Stalina, ani za Gomułki, ani za Gierka, ani za Urbana w stanie wojennym? Najwyraźniej, bo „czy te oczy mogą kłamać”? Agnieszka Holland jest przecież dużą dziewczynką, co to nawet Stalina jeszcze nieźle pamięta, więc wie, co mówi. A mówi, a właściwie naucza, że „przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem”.
Tak samo pewnie uważał też jej ojciec, Henryk Holland, kiedy w okresie stalinowskim wypisywał po gazetach artykuły grzmiące przeciwko „zaplutym karłom reakcji”. To była rycerska rywalizacja, rodzaj dobrotliwego przekomarzania, a prawdziwa nienawiść przyszła dopiero teraz, z Kaczyńskimi, co to w zuchwałości swojej podnieśli rękę nawet na razwiedkę.
No bo – powiada Agnieszka Holland – „jak można opluwać Miłosza, Kuronia, Herberta”? Ten Herbert, to chyba jakaś pomyłka, bo podejrzenia, najpierw o chorobę psychiczną, a potem również o współpracę z UB kierowało przecież w stronę zmarłego poety środowisko wolne od nienawiści na tej samej zasadzie, co Agnieszka Holland, tzn. rodowodowo i socjalnie bliskie środowisko „Gazety Wyborczej”.
Z Miłoszem i Kuroniem to już inna sprawa. O nich najwyraźniej nihil nisi bene, a kto próbuje ich krytykować, to nie krytykuje, tylko od razu „opluwa”. Niech pamiętają o tym wszyscy, którzy przypadkowo natkną się w archiwach IPN na kolejny protokół rozmów Kuronia z płk Lesiakiem. Samo znalezienie czegoś takiego graniczy ze świętokradztwem, nie mówiąc już o publikacji. No dobrze, ale w kogóż mają się wpatrywać nieszczęśni Irokezi, żeby jakoś wydobyć się ze swego poniżającego położenia?
A w kogóż, jak nie w Jolantę Kwaśniewską, która „pokazała pewną klasę, elegancję, umiarkowanie”. O, to, to! Szkoda, że Agnieszka Holland nie powiedziała, kiedy to wszystko pokazała. Czy „umiarkowanie” w okresie uwłaszczania nomenklatury, czy „klasę” podczas biesiad z panami Żaglem, Kuną i „lobbystą” Dochnalem? Dobrze byłoby wiedzieć takie rzeczy dokładnie, żeby omyłkowo nie okazać „umiarkowania”, dajmy na to, przy Żaglu, a znowu „klasy” – przy przekształceniach własnościowych.
Trochę niepokoją nas takie niedopowiedzenia, ale może niepotrzebnie, bo Agnieszka Holland nie jest małostkowa i nawet mniej wartościowym Irokezom też okazuje nieco wyrozumiałej łaskawości. „Irytuje mnie – powiada – polityka ojca Rydzyka, dziwię się fanatyzmowi moherowych beretów, ale nie mogę patrzeć na tych ludzi, jak na jakieś insekty”. Czy już cała klasa widzi, jaka szlachetna i wzniosła jest Agnieszka Holland? Takie poświęcenie wypada docenić, zwłaszcza kiedy zrozumiemy, że wymaga ono powściągnięcia instynktownej skłonności.
W takiej sytuacji jasne jest, że nie wypada już pytać, dlaczego właściwie „polityka ojca Rydzyka” jest taka „irytująca”, na czym polega „fanatyzm” moherowych beretów i co w nim takiego złego, bo każdy chyba rozumie, że wobec Agnieszki Holland powinno przepełniać nas już tylko uczucie głębokiej wdzięczności, podobnie zresztą, jak wobec Lenina, co to „mógł przecież brzytwą”. Dlatego też pytanie: „dlaczego w kraju, w którym tak łatwo przekroczyć granice tolerancji, do szkół wpuszcza się Giertycha?” musimy uznać za retoryczne.
Ileż to trudu włożył Stalin i Berman, żeby nauczyć nas tolerancji, ileż kości nałamał Różański z Fejginem, ileż płomiennych artykułów napisał Holland, a ciemna masa po staremu nie może zrozumieć, że tolerancja polega przecież na tym, żeby Giertycha nie wpuszczać do szkoły pod żadnym pozorem, że w porządnej szkole tylko mełamedzi...
W tej sytuacji nietrudno dziwić się Agnieszce Holland, że zaczyna tracić już do nas cierpliwość. Dlatego na pytanie Barbary Hollender, czy nie zamierza aby wrócić do Polski, odpowiada wprawdzie wymijająco, ale bez entuzjazmu. Innym radziłaby, żeby na wszelki wypadek przygotowali sobie miejsce na cmentarzu w jakimś innym kraju. Więc już mamy jasność; musimy się „oczyścić z nienawiści”, bo inaczej i Agnieszka Holland spocznie gdzieś w Bretanii. Czy taki afront, taką hańbę moglibyśmy w ogóle przeżyć?
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Alex Lech Bajan
Polish american
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
EMAIL: alex@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com
Agnieszka Holland
Reżyser filmowa Agnieszka Holland należy do najbardziej fanatycznych wyrazicielek fobii antyreligijnych i antypatriotycznych. Łączy je z ciągłym tropieniem antysemityzmu, zajadłą wrogością do prawicy i grubiańskimi atakami na rządzących dziś polityków PiS. W wywiadach udzielanych przez Holland wciąż spotykamy się z negatywnymi uogólnieniami na temat Polaków jako Narodu, który jest rzekomo niedojrzały, antysemicki i ksenofobiczny, przesycony płytką nierozumną religijnością, etc., etc. Z taką werwą karcąca Polaków A. Holland faktycznie kontynuuje metody fanatycznej agitacji komunistycznej swych rodziców Henryka Hollanda i Ireny Rybczyńskiej. Ta para stalinowców z zajadłością uczestniczyła w nagonkach na nonkonformistycznych naukowców, m.in. w haniebnym donosie na znakomitego polskiego naukowca - profesora Władysława Tatarkiewicza.
23 grudnia 2006 r. Agnieszka Holland udzieliła obszernego wywiadu dziennikarzowi "Gazety Wyborczej" Romanowi Pawłowskiemu dla dodatku "Wysokie Obcasy". Wywiad zatytułowany eufemicznie "Wszystko o moim ojcu" stanowił w znaczącej części stek kłamstw na temat ojca A. Holland. Prawdziwie rzetelny tytuł wywiadu mógłby brzmieć raczej: "Wiele kłamstw o moim ojcu". Jaskrawym kłamstwem jest chociażby stwierdzenie dziennikarza "Wyborczej" R. Pawłowskiego sugerujące, że Henryk Holland jakoby tylko "Przez chwilę był wierzącym stalinistą (...)". Otóż ta rzekomo króciutka "chwila" trwała w życiorysie Hollanda aż dziewiętnaście lat - od jego związania się w 1934 r. ze zdominowanym przez stalinistów polskim ruchem komunistycznym aż do jego brutalnego ataku w 1953 r. na naukowe dokonania nieżyjącego wówczas od wielu lat słynnego filozofa Kazimierza Twardowskiego. Wyjątkowo bezczelnym kłamstwem jest stwierdzenie Holland na temat udziału jej ojca w relacjonowaniu dla Polskiego Radia sfabrykowanego procesu politycznego László Rajka w 1949 roku. A. Holland stwierdziła, broniąc zachowania jej ojca: "Wiem od mamy, że doświadczenie tego procesu było dla niego przełomowe". Sugerowała w ten sposób, że H. Holland pod wpływem doświadczeń procesu zmienił się w sposób "przełomowy", czyli nabrał głębokiego krytycyzmu wobec stalinizmu. Prawda była z gruntu odmienna. Właśnie po procesie L. Rajka w 1949 r. doszło do największych stalinowskich świnień w życiu H. Hollanda, m.in. do udziału w 1950 r. w podłym donosicielskim liście otwartym do prof. W. Tatarkiewicza, "zdemaskowaniu" w tymże 1950 r. jednego ze studentów jako "niebezpiecznego wroga" czy do późniejszego o trzy lata, brutalnego, paszkwilanckiego ataku H. Hollanda na twórczość prof. K. Twardowskiego (1953 r.).
Stalinowiec Henryk Holland
Cofnijmy się jednak na chwilę do wcześniejszego okresu życia Henryka Hollanda. Urodził się 8 kwietnia 1920 r. w Warszawie w ubogiej zasymilowanej rodzinie żydowskiej jako najstarsze dziecko Wiktora Hollanda i Franciszki z domu Likier. Według książki Krzysztofa Persaka "Sprawa Henryka Hollanda" (Warszawa, 2006 r., s. 133): "Od dwunastego do czternastego roku życia Holland należał do lewicowej syjonistycznej organizacji skautowej Haszomer Hacair, a w 1934 r. związał się z ruchem komunistycznym, wstępując do Rewolucyjnego Związku Młodzieży Szkolnej, który był przybudówką Komunistycznego Związku Młodzieży Polski. Rok później został przyjęty do KZMP. (...) Od jesieni 1936 r. Holland przez pół roku pełnił funkcję łącznika pomiędzy kierownikiem Centralnej Redakcji Krajowej KPP Abramem Kaganem a redakcją znajdującego się pod wpływem tej partii jednolitofrontowego 'Dziennika Popularnego' (...)".
Po wybuchu wojny H. Hollandowi udało się przedostać na tereny okupowane przez Związek Sowiecki - do Lwowa. Tam m.in. współpracował z osławioną sowiecką gadzinówką "Czerwonym Sztandarem" i z redakcją "Młodzieży Stalinowskiej". W czerwcu 1943 r. wziął udział w pierwszym zjeździe Związku Patriotów Polskich, powołanego przez Sowietów dla przygotowywania działań na rzecz późniejszej stalinizacji Polski. 14 czerwca 1943 r. został przyjęty w stopniu porucznika do dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Od lutego 1944 r. był instruktorem w Wydziale Polityczno-Wychowawczym 2. dywizji. W listopadzie 1944 r. awansował na kapitana. W grudniu 1944 r. wstąpił do PPR. Już w kwietniu 1945 r. uzyskał pierwszy bardzo znaczący awans. Został redaktorem naczelnym tygodnika wspierającego komunistów pod nazwą "Walka Młodych" wydawanego przez Związek Walki Młodych. Kierował nim do września 1947 roku. W 1948 r. wybrano go do Rady Naczelnej i Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej. Pod koniec 1948 r. został członkiem komitetu redakcyjnego jednej z najbardziej ponurych gazet partyjnych sowietyzujących kraj - "Trybuny Wolności". Jako wielce zaufany towarzysz został oddelegowany we wrześniu 1949 r. na najsłynniejszy stalinowski proces pokazowy - proces László Rajka na Węgrzech. Rajk, jeden z najbardziej fanatycznych węgierskich komunistów, był przez kilka lat ministrem spraw wewnętrznych, zajadle tępiącym prozachodnich oponentów komunizmu. W partii komunistycznej cieszył się szczególnie dużą popularnością jako rodzimy Węgier i dlatego był tym bardziej znienawidzony przez dyktatorsko rządzącą Węgrami żydowską grupę kierowniczą na czele z Mátyásem Rákosim. Rajka oskarżono o "antysowiecki nacjonalizm" i "titoizm", torturami wymuszono na nim przyznanie się do rzekomych win i powieszono przed oknem celi, w której siedziała jego żona. Holland, fanatycznie nastawiony na rozprawę z "nacjonalistami", z tym większą lubością relacjonował dla Polskiego Radia przebieg procesu węgierskiego "nacjonalistycznego odchyleńca". Był to jeden z najpodlejszych "wyczynów" w jego życiu. Warto dodać, że Holland wziął bardzo czynny udział w propagandowej kampanii przeciw "odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu" w Polsce. Z furią atakował Gomułkę (por. K. Persak, op. cit., s. 148).
W roku akademickim 1946/1947 Holland rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim, łącząc je z karierą partyjną, pełną oddania stalinowskiej ideologii. Był prawdziwie bezwzględny wobec domniemanych "wrogów ludu". Krzysztof Persak opisał (op. cit., s. 139), jak to pewnego razu, "kiedy Komitet Uczelniany rozpatrywał sprawę usunięcia aktywisty, który w ankiecie personalnej zataił, że jego ojciec był przedwojennym policjantem, Holland powiedział, iż ów student "jest przykładem niebezpiecznego wroga, który wkradł się w szeregi naszej partii", i zaproponował, aby organizacja partyjna powiadomiła o swojej uchwale władze bezpieczeństwa. Donosicielską propozycję Hollanda zebrani z Komitetu Uczelnianego zaakceptowali jednomyślnie. Nie wiadomo, jaki los spotkał studenta w ten sposób "poleconego" UB.
Leszek Moczulski przypomniał w swej książce "Lustracja" (Warszawa, 2001 r., s. 140), że to właśnie Holland odegrał rolę w jego usunięciu z partii w 1949 roku.
Szczególnie haniebnym epizodem w życiu Hollanda był jego udział w grupie ośmiu studentów, członków PZPR, którzy wystąpili w marcu 1950 r. z brutalnym, publicznym atakiem i donosem na słynnego filozofa - profesora Władysława Tatarkiewicza. Według K. Persaka (op. cit., s. 139), "studenci ci wystosowali list otwarty do prof. Tatarkiewicza, protestując przeciwko rzekomemu dopuszczeniu na prowadzonym przez niego seminarium do "czysto politycznych wystąpień o charakterze wyraźnie wrogim budującej socjalizm Polsce" i tolerowaniu ich. Inicjatywa ta, niewątpliwie inspirowana przez władze partyjne, była zapewne elementem intrygi prowadzącej do odebrania profesorowi kilka miesięcy później prawa wykładania i prowadzenia zajęć.
Wśród ośmiu autorów haniebnego listu otwartego, który spowodował ostateczne usunięcie prof. W. Tatarkiewicza z uczelni, byli m.in. Henryk Holland i jego żona Irena Rybczyńska, Bronisław Baczko i Leszek Kołakowski. Po latach nawet jeden z sygnatariuszy tego listu otwartego (donosu) Bronisław Baczko uznał zawarte w nim treści za "groźne i koszmarne bzdury".
W październiku 1950 r. Holland rozpoczął studia doktoranckie w Katedrze Historii Filozofii, osławionej "kuźni kadr marksistowskich" - Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR. W 1953 r. publikuje swą najohydniejszą pracę, faktycznie paszkwilancki atak na niemogącego się bronić, bo nieżyjącego od 1938 r. słynnego filozofa - profesora Kazimierza Twardowskiego "Legenda o Kazimierzu Twardowskim". Zaatakował filozofię prof. Twardowskiego za rzekome "ubóstwo teoretyczne", piętnował ją jako filozofię skrajnie obskurancką, fideistyczną, klechowską". Profesora Twardowskiego nazwał "fideistą zalatującym zakrystią". Z furią atakował wszystkich tych, którzy chwalili dokonania naukowe prof. Twardowskiego przed wojną, "demaskując" ich jako rzekomych "faszystów". Według K. Persaka, "pamflet Hollanda, nawet biorąc pod uwagę ówczesne stalinowskie standardy, ze względu na wyjątkowy brutalny atak na twórcę szkoły lwowsko-warszawskiej, wzbudził w IKKN pewne kontrowersje. Autor posługiwał się wyjątkowo napastliwym językiem (...)". Doszło do tego, że w obronie totalnie niszczonego przez Hollanda dorobku zmarłego filozofa wystąpił w liście do redakcji "Myśli Filozoficznej" (tam najpierw wydrukowano paszkwil Hollanda) prof. Tadeusz Kotarbiński. Krytykując pracę Hollanda, Kotarbiński stwierdził: "Jest to elaborat bezceremonialny. Pełno w nim chwytów, używanych w niewybrednych kłótniach dla oddania uczuć lekceważenia, pogardy i szyderstwa. Pozwolono sobie pod adresem Twardowskiego na wyrażenia skrajnie obelżywe, których nie chcę przytaczać, aby ich nie wypowiadać ponownie" (K. Persak, op. cit., s. 141).
Ze względu na powszechne oburzenie jadowicie paszkwilancką formą pracy Hollanda, jakie wyrażano w kręgach naukowych, nawet w dogmatycznych kręgach marksistowskich uznano za celowe pewne zdystansowanie się od pamfletu. Zrobił to komitet redakcyjny "Myśli Filozoficznej" na czele z osławionym inkwizytorem nauki prof. Adamem Schaffem. Odpowiadając na list prof. T. Kotarbińskiego, zaakcentowano poparcie "bojowego tonu krytyki", ale przyznano, że komitet redakcyjny "rzeczywiście zaniedbał w toku prac redakcyjnych usunięcia z artykułu pewnych niefortunnych, napisanych przez autora w zapale polemicznym zwrotów i wyrażeń" (K. Persak, op. cit., s. 141). Co więcej, dyrekcja IKKN zdecydowała się na udzielenie Hollandowi nagany za "niewłaściwą postawę partyjną". Zdaniem K. Persaka, wymierzenie tej kary partyjnej było "spowodowane wyjątkowym oburzeniem, jakie ta publikacja wywołała w środowisku naukowym". Było to prawdziwie szokujące - paszkwil Hollanda okazał się nazbyt brutalny w stylu nawet jak na atmosferę ówczesnych stalinowskich czasów!
Nie "wszyscy byli ubrudzeni"
Agnieszce Holland te tak jaskrawe przykłady stalinowskiego świnienia się jej ojca nie przeszkodziły w skrajnie kłamliwym wybielaniu jego przeszłości w wywiadzie opublikowanym w "Wysokich Obcasach" z grudnia 2006 roku. Najwidoczniej liczyła na słabą pamięć lub nawet totalną ignorancję czytelników. Liczyła słusznie, bo o ile wiem, przez kilka miesięcy, aż do czasu mego obecnego tekstu, nikt nie zaprotestował przeciwko jej ordynarnym kłamstwom.
Aby lepiej wybielić przeszłość swego ojca, Agnieszka Holland użyła starego chwytu różnych dzieci stalinowców. Usilnie stara się zaakcentować - jak to rzekomo w tamtych czasach niemal "wszyscy byli ubrudzeni". Stwierdza w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów": "Nie chciałabym, aby to zabrzmiało jak usprawiedliwienie, ale trudno oceniać wybory moich rodziców bez uwzględnienia kontekstu historycznego. Komunizm był ideą, która wstrząsnęła światem i zgarnęła pod swoje skrzydła rzeszę najbardziej ideowej młodzieży. Dla wielu z nich nie było innej alternatywy dla faszyzmu. Kto jest bez grzechu, niech rzuci kamieniem. W polskiej historii było zaledwie kilku ludzi na tyle zdeterminowanych, obdarzonych tak jasnym widzeniem świata, że mogą być dzisiaj bohaterami narodowymi bez skazy.
Większość ma w sobie ciemną i jasną stronę przez konieczność dokonywania wyborów w sytuacjach z założenia niejasnych, dramatycznych. Łącznie z budzącymi dziś spory postaciami, jak Dmowski czy Piłsudski. To dotyczy także świętych, jak ojciec Maksymilian Kolbe, który z jednej strony, poświęcił się za człowieka w obozie koncentracyjnym, z drugiej - prowadził przed wojną antysemickie pismo. Kiedy się popatrzy na Zbigniewa Herberta, który przez lata był symbolem spiżowego sprzeciwu, i potem przeczyta się, co tam gadał na rozmowach z ubekami, to się okaże, że ikony nie istnieją".
Trudno się nie oburzyć, gdy czyta się, jak Agnieszka Holland porównuje swego ojca - stalinowskiego fanatyka, niszczącego ludzi, z postaciami ucieleśniającymi bezgraniczną miłość do swych bliźnich jak św. Maksymilian Kolbe. Jakże oburzająca jest próba wybielenia stalinowca Hollanda poprzez nikczemne oczernianie Zbigniewa Herberta, poety, który wolał głodować w dobie stalinizmu, niż iść na najmniejszy nawet ukłon wobec reżimu.
Holland próbowała usprawiedliwić stalinowskie zaangażowanie swoich rodziców również poprzez staranne obrzucanie błotem II Rzeczypospolitej, przedstawianie jej w potwornie przyczerniony sposób. Oto jak wygląda kreślona przez Holland ponura wizja II RP: "Problem zaangażowania części pokolenia moich rodziców w komunizm jest tak złożony, że powinniśmy o tym zrobić całą rozmowę. Miało na to wpływ i uwiedzenie ideą sprawiedliwości społecznej, i rozczarowanie Polską okresu międzywojennego, która nie stała się ojczyzną szklanych domów. Demokracja była kulawa, rosły autorytaryzm i nieudolność rządzących, a z drugiej strony, pojawiło się wykluczenie inaczej myślących, prześladowanie mniejszości. Młodzież pochodzenia żydowskiego na co dzień była prześladowana i odtrącona (pałowanie, getta ławkowe, numerus clausus, ekscesy Młodzieży Wszechpolskiej). Nic dziwnego, że szukali miejsca w szeregach partii, która głosiła równość wszystkich ras i dawała wykluczonym poczucie wspólnoty".
II Rzeczpospolita ze wszystkimi swoimi błędami i ograniczeniami była i tak prawdziwą oazą demokracji na tle sowieckiej krainy gułagów i wielkich czystek. Tylko ogromna ślepota i zacietrzewienie mogły decydować o wybraniu stalinowskiej Rosji kosztem Polski. Dodajmy, że to optowanie na rzecz Związku Sowieckiego za każdym razem oznaczało równoczesną zdradę Polski, wejście na drogę czerwonej Targowicy.
Wbrew kłamliwym tłumaczeniom Agnieszki Holland nie ma żadnego usprawiedliwienia dla wieloletniego związania się jej ojca ze stalinizmem i szkodzenia przezeń tym wszystkim, których uważał za wrogów systemu. Pamiętać trzeba jednak, że sam Henryk Holland w końcu zapłacił bardzo wysoką cenę za swój prokomunistyczny wybór.
Kulisy śmierci H. Hollanda
W 1954 r. Holland przeszedł błyskawiczną ewolucję poglądów od skrajnego dogmatyzmu do rewizjonizmu. W następnych latach, w czasie zajadłego konfliktu między frakcjami wewnątrzpartyjnymi "Żydów" (puławian) i "chamów" (natolińczyków) przyłączył się oczywiście do frakcji puławian. Przyjaźnił się z czołowymi przywódcami puławian, m.in. z L. Kasmanem, A. Starewiczem, A. Alsterem, J. Finkelszteinem, R. Zambrowskim. 12 listopada 1961 r. doszło do spotkania H. Hollanda z korespondentem francuskiego "Le Monde" Jeanem Wetzem i jego żoną. Zapoczątkowało ono ciąg wydarzeń, który doprowadził do tragicznej śmierci H. Hollanda. Podczas spotkania, które odbyło się w mieszkaniu Wetzów, Holland ujawnił zasłyszane od jednego z działaczy partyjnych rewelacje Nikity Siergiejewicza Chruszczowa o okolicznościach śmierci Stalina i obalenia Berii. Holland popełnił ogromną nieostrożność, ponieważ mieszkanie Wetzów, w którym odbywała się rozmowa, było dobrze "zabezpieczone radiofonicznie" z pomocą podsłuchu urządzonego przez MSW. Po ogłoszeniu przez Wetza w "Le Monde" rewelacji zasłyszanych od Hollanda, Władysław Gomułka wpadł w straszliwą irytację, podsycaną przez sugestie moczarowców nieznoszących puławian. Gomułkę rozwścieczyła groźba zarzutów z Moskwy, że z Polski wyciekają na Zachód komunistyczne tajemnice, takie jak wspomniane zwierzenia Chruszczowa na XXII Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego o okolicznościach obalenia Berii. W rezultacie śledztwa podjętego przez MSW 19 grudnia 1961 r. aresztowano Hollanda. Holland nie ukrywał faktów i złożył obszerne zeznanie. Nie spodziewał się sankcji prokuratorskiej, myślał, że może go spotkać tylko kara partyjna za niedyskrecję. Tym bardziej wstrząsnęła nim wiadomość, że może grozić mu co najmniej 5 lat więzienia na podstawie drakońskiego dekretu o stanie wojennym. W takich warunkach doszło 21 grudnia 1961 r. do samobójczego skoku Hollanda z okna jego mieszkania podczas rewizji prowadzonej przez SB. Przez wiele lat toczyły się spory wokół kulisów śmierci Hollanda. Niektórzy autorzy, tak jak np. Jerzy Eisler, głosili sugestie o zamordowaniu Hollanda. Badacz IPN Krzysztof Persak jednoznacznie przekreślił domniemania, w oparciu o materiały MSW, do których dotarł. Wskazał na złożone przyczyny samobójstwa Hollanda. W opinii Persaka (op. cit., s. 257): "Niewykluczone, że Holland poczuł się w pewnym sensie zdradzony przez kierownictwo partii, za której lojalnego członka nadal się uważał. Jego zachowanie w śledztwie było przejawem dyscypliny partyjnej, a mimo to został wydany w ręce aparatu bezpieczeństwa. Zapewne takie potraktowanie boleśnie ubodło też jego ambicję. Był egocentrykiem, zdaje się, ze skłonnością do narcyzmu. To, że z nim, starym komunistą i znanym publicystą partyjnym, postąpiono jak ze zwykłym obywatelem, musiało godzić w jego wysokie poczucie własnej wartości.
Aresztowanie i zarzut z art. 7 Małego Kodeksu Karnego oznaczały cios w plany życiowe Hollanda, który w 1962 r. miał wyjechać na atrakcyjne 6-miesięczne stypendium Fundacji Forda. Wszystko to miało teraz zostać przekreślone. Do tego doszła trudna sytuacja osobista po rozwodzie z I. Rybczyńską, poczucie osamotnienia i nasilenie choroby nerek".
Początki kariery A. Holland
Samobójcza śmierć ojca musiała wycisnąć wielkie piętno na świadomości Agnieszki Holland. Można i trzeba docenić siłę jej przeżyć. Nie może to jednak oznaczać aprobaty dla bezkrytycznego wybielania przez nią ojca, który przez wiele lat był bezdusznym, zajadłym stalinowcem. Trudno pogodzić się również z jej atakami na Kościół, polskość i patriotyzm, które wcześniej już były atakowane przez jej ojca, począwszy od jego udziału w środowisku KPP - partii zdrady narodowej.
Początki kariery filmowej A. Holland przypadły na lata 70. - czas rozwoju tzw. kina moralnego niepokoju. Zrealizowała wówczas m.in. takie filmy jak: "Aktorzy prowincjonalni", "Gorączka" i "Kobieta samotna". Była cały czas ogromnie lansowana przez Andrzeja Wajdę. Już w latach 70. zaznaczył się w twórczości filmowej Holland bardzo silnie akcentowany feminizm, zwłaszcza w telewizyjnym filmie "Coś za coś" (1977 r.). Bohaterka filmu, pani docent, rezygnuje z posiadania dzieci, bo chce zrobić karierę.
W momencie wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r., Holland przebywała na Zachodzie. Zdecydowała się tam pozostać na stałe, co otworzyło nowy rozdział w jej karierze filmowej. Bardzo silnie została ona zdominowana przez komercyjność, dążenie do sukcesu kasowego za wszelką cenę, nawet z ewidentną szkodą dla prawdy. Nader często Holland dawała przy tym wyraz relatywizmowi, zacieraniu jasnych, precyzyjnych granic między dobrem a złem.
Zajadła niechęć do Kościoła katolickiego
W wypowiedziach, działaniach i twórczości Agnieszki Holland wciąż zaznaczała się wyraźna niechęć do religii, a w szczególności do Kościoła katolickiego. Jak pisała o niej Małgorzata Sadowska w tekście "Agnieszka Holland nie chodzi do kościoła" ("Przekrój" z 30 listopada 2006 r.): "Dorastała w ateistycznym domu (rodzice byli komunistami), pod wielkim wpływem mamy, która wiarę w życie pozagrobowe uważała za dowód słabości człowieka, który nie jest w stanie udźwignąć tragiczności swojej kondycji. Zaś od ojca pochodzącego z zasymilowanej żydowskiej rodziny, jak sama mówi, 'żydowskiego dziedzictwa nie dostała w ogóle'".
Nigdy nie miała żalu do rodziców, że nie wprowadzili jej w metafizyczną stronę świata. "Mama wyposażyła mnie w system wartości na tyle spójny, atrakcyjny i szlachetny, że zawsze czułam, że mam silny kościec moralny czy życiowy. To była baza, dzięki której mogłam dokonywać później wolnych wyborów. Tymczasem w katolicyzmie, w jego często bezmyślnej obrzędowości, jest pewien rodzaj ułatwienia. Człowiek czuje się zwolniony z zadawania sobie pytań o sens własnego działania. Szczególnie w polskim Kościele koncepcja wolnej woli jest nieustająco kwestionowana przez praktykę (...)". Agnieszka Holland bardzo krytycznie przygląda się polskiemu wydaniu katolicyzmu. Jest przekonana, że przez słabość naszej "amatorskiej" wciąż demokracji Polacy są bardziej podatni na "szantaż religijnych wartości". Polityków, którzy posługują się katolicyzmem jako maczugą, nazywa - parafrazując premiera Kaczyńskiego - "'łże-chrześcijanami'. (...) A fakt, że w Polsce bardzo wielu księży, biskupów czy instytucji związanych z Kościołem, jak Radio Maryja, używa antysemityzmu jako broni religijno-politycznej, świadczy właśnie o 'łże-chrześcijaństwie'".
Usprawiedliwiając swe skrajne uprzedzenia do Kościoła katolickiego, A. Holland głosi, że jakoby została przez Kościół "odtrącona", twierdząc: "Księża, z którymi miałam do czynienia, nie chcieli mnie do Kościoła przyjąć. Nie wiem, czy ze strachu, że mogą mieć kłopoty, bo nie jestem pełnoletnia, czy dlatego - a w jednym wypadku na pewno dlatego - że byli antysemitami. Uważali, że skoro mój ojciec był Żydem, wyklucza mnie to z katolickiej wspólnoty".
W swych wypowiedziach wielokrotnie atakowała katolicyzm, szczególnie mocno krytykując "polski katolicyzm". W wywiadzie dla "Tygodnika Kulturalnego" z 23 lipca 1989 r. twierdziła, że "polska literatura (...) zawsze grzeszyła (...) katolicko-patriotyczną sztywnością". W wywiadzie dla "Super Expressu" z 23-24 września 1995 r. wyznała: "Nie mam specjalnych sympatii ani dla katolicyzmu, ani dla Kościoła, ani tym bardziej dla kleru".
W innym wywiadzie - dla "Wysokich Obcasów" z 23 grudnia 2006 r. zarzucała, że "polski katolicyzm był zawsze filozoficznie szalenie płytki, patriotyczno-polityczny, a nie teologiczny czy mistyczny". W tymże 2006 r. demonstracyjnie dała szczególny wyraz swej wrogości do Kościoła poprzez sfotografowanie się w koszulce z napisem "Nie chodzę do kościoła". "I trzeba przyznać, że to hasło doskonale na niej leżało" - komentowała dziennikarka "Przekroju" (nr z 30 listopada 2006 roku). Należała do osób najaktywniej atakujących słynny film Mela Gibsona "Pasja" za rzekomy antysemityzm.
Antykatolickie fobie Agnieszki Holland znalazły bardzo wyraźne odzwierciedlenie w jej twórczości filmowej. Począwszy od filmu "Zabić księdza" (1988 r.), gdzie świadomie zdeformowała postać księdza Jerzego Popiełuszki i wyraźnie upiększyła postać jego esbeckiego mordercy. W filmie "Trzeci cud" (1992 r.) ukazała postać wątpiącego księdza. Zarówno w tym filmie, jak i w innych (m.in. "Julia wraca do domu") Holland starała się upowszechniać ideologię New Age, służącą zastępowaniu religii przez wypełnianie przestrzeni duchowej i religijnej w społeczeństwach opisami zjawisk paranormalnych, rzekomych świeckich cudotwórcach, etc. W bretońskim domu A. Holland można znaleźć obrzędowe meksykańskie figurki i laleczki wudu - "o ich niebezpiecznej mocy Holland miała się ponoć osobiście przekonać" - pisała dziennikarka "Przekroju" (nr z 30 listopada 2006 roku).
Stosunek Holland do duchowieństwa dobrze ilustruje stwierdzenie, które wymknęło się jej w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 25-26 listopada 2006 r.: "Interesują mnie ludzie dokonujący ekstremalnych wyborów życiowych. Terroryści, księża". Zestawienie obok siebie terrorystów i księży jako "ekstremistów" to kolejny dość szczególny produkt mentalności Agnieszki Holland.
Współczucie dla mordercy z SB
Ateistka A. Holland, pełna niechęci do katolicyzmu, bez skrupułów sięgnęła po temat heroicznej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, głównie dla celów komercyjnych. Celów bardzo wyraźnie odciskających swe piętno na twórczości filmowej A. Holland, w szczególności na jej filmach kręconych po pozostaniu na Zachodzie w grudniu 1981 roku. Przy tym nastawieniu A. Holland na komercję, nie mówiąc o jej zajadłej niechęci do Kościoła, nieważne były prawdziwe fakty o męczeństwie słynnego katolickiego księdza. W recenzji poświęconej filmowi Holland "Zabić księdza" Maciej Pawlicki pisał: "Centralną postacią filmu jest nie ofiara, ale kat, nie ksiądz Popiełuszko, ale jego zabójca, kapitan Piotrowski. Historia opowiedziana zostaje z jego punktu widzenia, przez jego decyzje i jego działania" (por. recenzja M. Pawlickiego "Zabić znaczy przegrać", "Tygodnik Kulturalny" z 26 lutego 1992 roku).
Stefan Mucha w recenzji w tygodniku "Ład" (12 listopada 1989 r.), przedrukowanej z drugoobiegowego pisma młodych katolików "Nowa" (nr 5-6 z 1989 r.), również dał wyraz swemu bardzo krytycznemu stosunkowi do filmu "Zabić księdza", pisząc m.in.: "Niestety, film nie podobał mi się od początku do końca. Raził, drażnił i denerwował, po prostu rozczarował. (...) Agnieszka Holland twierdzi, że po skończeniu filmu była bardzo zmęczona odpowiedzialnością przed wszystkimi: Watykanem, Polakami, księżmi, producentami i dystrybutorami. Skoro więc czuła się przede mną, jako Polakiem, odpowiedzialna, to mam prawo uważać, że lepiej, gdyby tego filmu nie zrobiła".
Maciej Pawlicki w cytowanej już recenzji z filmu "Zabić księdza" tak konkludował, komentując skutki współpracy Holland z komercyjnymi producentami zachodnimi: "(...) Wyraźnie widać, że Holland wielokrotnie iść musiała na kompromisy, które niekiedy niebezpiecznie zbliżają się do granicy dobrego smaku".
Ta skłonność do ciągłych wielkich kompromisów z komercją cechuje ciągle filmy Holland, choćby jej najbardziej okrzyczany film "Europa, Europa", tworzony wyraźnie według różnych uproszczonych stereotypów. Obok ciekawej postaci głównego bohatera Szymona Perela, młodego Żyda ratującego się dzięki udawaniu Niemca i działającego w Hitlerjugend, obserwujemy obraz młodego Polaka - "antysemity", który płaci w końcu śmiercią za swą antysemicką zajadłość i obraz dobrego Niemca. W "Przeglądzie Tygodniowym" z 29 marca 1992 r. komentowano film "Europa, Europa" jako kolejny dowód na to, że Agnieszka Holland "(...) idzie na bardzo poważne kompromisy z koniunkturalnie reagującym tzw. widzem masowym (...)".
Komercyjne względy maksymalnie oddziaływały również na późniejsze filmy A. Holland. Nader typowy pod tym względem był jej głośny obraz "Kopia mistrza" (o Beethovenie). To maksymalny skok w komercję na użytek amerykańskiego widza.
Agnieszka Holland uparcie kontynuuje ataki na obecnie rządzącą elitę władzy za jej bardzo krytyczny stosunek do PRL. W wywiadzie dla "Polityki" z 2 grudnia 2006 r. stwierdziła, że "należałoby zrobić film o generacji, która spędziła całe życie w systemie, który następnie został całkowicie zanegowany. A więc również zostały zanegowane ich osiągnięcia, ich system wartości, codzienność, radości, smutki, wielkości i upadki. Wszystko zostało przekreślone".
W tymże wywiadzie A. Holland ostro zaatakowała braci Kaczyńskich za ich krytyczny stosunek do patologii III Rzeczypospolitej, mówiąc: "Idźmy dalej, rok 1989, powstała nowa Polska. Przyszli Kaczyńscy i ten okres też zanegowali. Kolejne pokolenie dowiaduje się, że to, co robiło, nie miało sensu. Nic dziwnego, że ludzie są w depresji. Gospodarka się rozwija, jest więcej sklepów i więcej telefonów komórkowych, ale ich poczucie sensu zostało tak głęboko zranione, że nie wiem, jak można na tym budować zdrowe życie społeczne. Jeżeli bym robiła film na ten temat, to chciałabym pokazać, że każde życie ludzkie ma sens i wartość. To znaczy wrócić do zasad chrześcijańskich, o których nasi obecni czołowi politycy kompletnie zapomnieli. Zapomnieli, czego nauczała ich Ewangelia i czego nauczał ich ukochany papież, któremu stawiają pomniki. Dlatego nazywam ich łże-chrześcijanami".
"Moczarowcy" w dzisiejszej elicie władzy?!
Agnieszka Holland najdalej posunęła się w swoich atakach na braci Kaczyńskich i innych obecnie rządzących polityków w wywiadzie udzielonym Romanowi Pawłowskiemu dla dodatku "Gazety Wyborczej" - "Wysokich Obcasów" z 23 grudnia 2006 roku. Ni mniej, ni więcej oskarżyła obecną ekipę rządzącą o "wątki endekoidalno-moczarowsko-gomułkowskie", czyli o antysemityzm. Zarzucała, że atak na KPP jest dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym atak na syjonistów dla Gomułki. Do ataku na rządzących polityków wyraźnie zachęcił A. Holland dziennikarz "Wyborczej" R. Pawłowski, uskarżając się w skierowanym do reżyserki pytaniu na tropienie spadkobierców Komunistycznej Partii Polski (KPP) przez J. Kaczyńskiego (przypomnijmy, że w obecnej "Wyborczej" aż roi się od dzieci znanych KPP-owców!).
Odpowiadając na pytanie Pawłowskiego, A. Holland stwierdziła m.in.: "Jest mi bardzo przykro, że najobrzydliwsze polskie wady powracają i mają taki oddźwięk w społeczeństwie. (...) Wątki endekoidalno-oenerowskie, moczarowsko-gomułkowskie, które pojawiają się w dzisiejszej elicie władzy, są mi obce, wstrętne. (...) Żydzi to niezręczny temat dla polityków, nie używa się go wprost, chociaż jeśli się powie 'KPP', to za tym idzie skojarzenie z Żydami. KPP w kontekście wypowiedzi premiera znaczy to samo, co syjoniści za Gomułki. Nie mówiąc o tym, że promowanie ojca Rydzyka daje placet dla antysemityzmu".
W dalszym ciągu wywiadu dla "Wysokich Obcasów" Holland oskarżyła obecne rządy za rzekome przywrócenie autorytaryzmu w Polsce. Pocieszyła jednak czytelników, że "Powrót autorytaryzmu w Polsce nie zagraża równowadze światowej".
Oskarżając rządzącą dziś w Polsce prawicową ekipę stwierdziła, że: "Politycy sami sobie przyprawiają niebezpieczną gębę, która burzy zaufanie społeczne do nich wszystkich, zniechęca ludzi do aktywności i poczucia współodpowiedzialności za kraj. Wszystko inne jest tego pochodną. I to, że elity nie reagują na ewidentnie skrajne i zbrodnicze poglądy, i to, że ludzie zamykają się w kręgu prywatnych spraw, i to, że wskaźnik wzajemnego zaufania jest w Polsce najniższy w Europie".
Jedną z najbardziej skandalicznych części wywiadu z tropicielką "polskiego antysemityzmu" był fragment poświęcony postaci nieżyjącego od dziesięcioleci proboszcza z Jedwabnego ks. Józefa Kęblińskiego. Pawłowski zapytał: "Czy tematem na film może być historia proboszcza z Jedwabnego Józefa Kęblińskiego, świadka zagłady jedwabieńskich Żydów, których wymordowali jego parafianie? Zrobiłaby Pani o nim film z empatią?". Przypomnijmy tu, że empatia to zdolność rozumienia i odczuwania stanów psychicznych innych ludzi, wczuwania się w ich przeżycia. Szokująco zabrzmiała odpowiedź A. Holland: "Dlaczego nie? Skoro można zrobić film z empatią o Adolfie Hitlerze". Jakże pozbawione choćby cienia dobrego gustu, wręcz chamskie było to porównanie ks. J. Kęblińskiego z A. Hitlerem. Było to nikczemne poniewieranie pamięci o odważnym księdzu, który zasłużył się w ratowaniu Żydów w Jedwabnem (odsyłam tu do ciekawego wspomnienia senatora prof. Ryszarda Bendera o ks. J. Kęblińskim w "Głosie" z 2001 roku).
Jadowite napaści na rządzącą prawicę
Agnieszka Holland jest aż nadto typową wyznawczynią "moralności Kalego". Wybielaczka komunizmu, z werwą usprawiedliwiająca stalinowską kolaborację swego ojca, tym chętniej wyżywa się w fanatycznych wręcz atakach na rządzącą prawicę. Swoją pozycję znanej w skali międzynarodowej reżyserki filmowej nadużywa dla mentorskich bluzgów nienawiści przeciw obecnym elitom władzy. Symptomatyczny pod tym względem był fanatyczny, pełen antyprawicowych i antynarodowych fobii wywiad z Holland zamieszczony w "Rzeczpospolitej" z 25-26 listopada 2006 roku. Wywiad iście po orwellowsku zatytułowany "Oczyścić się z nienawiści", choć słowa te powinny dotyczyć przede wszystkim opanowanej przez dziką nienawiść reżyserki (wywiad, którego szczególnie powinna się wstydzić "Rzeczpospolita" za nagłośnienie takiej porcji fanatyzmu i jątrzenia). Oto kilka, jakże typowych fragmentów z zajadłego słowotoku Agnieszki Holland: "(...) Jednak osobiście wyższy stopień irytacji osiągam, gdy śledzę głupotę polskiej polityki i zachowania ludzi, którzy psują mój kraj. (...) W Polsce widzę pana Kaczyńskiego, który po wyborach zaczyna swoją wypowiedź od słów: 'Mimo niespotykanych ataków na nas, mimo nagonki...'. Tak mówi człowiek, który ma pełną władzę nad mediami, przynajmniej tymi publicznymi, dominującymi. Nie potrafi powiedzieć: 'Może zrobiliśmy jakiś błąd, może ludzie nas nie zrozumieli...'. Zamiast tego następuje bluzg. Przeraża mnie ten rodzaj arogancji i brak szacunku dla innego człowieka. Przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem (...). Sami te autorytety, w jakie zresztą nigdy nie byliśmy bogaci, zabijamy. Ale jeśli przygotowuje się nagonki na ludzi, którzy tak wiele zrobili dla Polski na niwie społecznej, patriotycznej i artystycznej, to czego można się spodziewać? (...) Dlaczego całą elitę kraju niszczą demokratycznie wybrane władze? Jak można nazwać inteligencję łże-elitą? (...)".
Najskrajniejszą chyba bzdurą wypowiedzianą przez Holland w cytowanym wywiadzie jest jej stwierdzenie, że w Polsce "(...) pejzaż mentalny jest okropny. Nie mogę się pogodzić z tym, że w moim kraju wprowadza się do życia publicznego język nienawiści, pomówień i kłamstw, jakiego nigdy przedtem tu nie było. I nie ma nigdzie w cywilizowanym świecie. Kiedy przyjeżdżam do Warszawy, włączam telewizor i słucham debat polskich polityków, to - z miłym wyjątkiem trzech kandydatów na prezydenta Warszawy - włosy mi się na głowie jeżą. Brutalne ataki, całkowity brak odpowiedzialności za słowo, straszna forma. We Francji debaty polityków odbywają się na innym poziomie. W Stanach też".
Nader celnie wypunktował te idiotyczne pomówienia Holland Stanisław Michalkiewicz w felietonie zamieszczonym w "Naszej Polsce" z 5 grudnia 2006 r., pisząc: "Wróćmy jednak do rozkazu oczyszczenia się z nienawiści. Agnieszka Holland twierdzi, że w Polsce do życia publicznego wprowadza się język nienawiści, pomówień i kłamstw, jakiego nigdy przedtem nie było. No proszę: nigdy przedtem. A więc języka nienawiści, pomówień i kłamstw nie było ani za Stalina, ani za Gomułki, ani za Gierka, ani za Urbana w stanie wojennym? Najwyraźniej, bo czy te oczy mogą kłamać? Agnieszka Holland jest przecież dużą dziewczynką, co to nawet Stalina jeszcze nieźle pamięta, więc wie, co mówi. A mówi, właściwie naucza, że przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem. Tak samo pewnie uważał też jej ojciec, Henryk Holland, który w okresie stalinowskim wypisywał po gazetach artykuły grzmiące przeciwko zaplutym karłom reakcji. To była rycerska rywalizacja, rodzaj dobrotliwego przekomarzania, a prawdziwa nienawiść przyszła dopiero teraz, z Kaczyńskimi, co to w zuchwałości swojej podnieśli rękę nawet na razwiedkę".
Można podziwiać "kunszt" manipulacji, z jaką A. Holland przeciwstawia potępianym przez siebie "niecywilizowanym" Kaczyńskim i innym prawicowym politykom Jolantę Kwaśniewską jako odpowiedni wzorzec dla Narodu. Według Holland, właśnie "Pani Kwaśniewska okazała pewną klasę, elegancję i umiarkowanie". Zgodzić się tu znów trzeba z komentarzem red. S. Michalkiewicza: "(...) Szkoda, że Agnieszka Holland nie powiedziała, kiedy to wszystko pokazała. Czy umiarkowanie w okresie uwłaszczania nomenklatury, czy klasę podczas biesiad z panami Żaglem, Kuną i lobbystą Dochnalem? Dobrze byłoby wiedzieć takie rzeczy dokładnie, żeby omyłkowo nie okazać umiarkowania, dajmy na to, przy Żaglu, a znowu klasy - przy przekształceniach własnościowych". Wśród kłamstw zawartych w wywiadzie A. Holland znajdujemy oskarżenie pod adresem rządzących polityków: "Jak można opluwać Miłosza, Kuronia, Herberta? Ilu takich ludzi mamy? To jest podcinanie gałęzi, na której samemu się siedzi". Oskarżenie było wyraźnie skierowane pod złym adresem. Nikt z rządzących teraz polityków nie atakował Miłosza czy Kuronia, choć wiele z ich poczynań i oświadczeń zasługiwało nieraz na bardzo ostrą krytykę. Obrzydliwym pomówieniem zaś jest przypisywanie prawicy opluwania Herberta. Wielkiego poety konsekwentnie opluwanego przez "czerwonych" i "różowych". Przypomnijmy tu choćby sławetnego chuligana pisarza Tomasza Jastruna, który oskarżył już nieżyjącego i niemogącego się bronić poetę o rzekomą ciężką chorobę psychiczną. To "różowi" i "czerwoni" lewacy z uporem blokowali pokazanie w telewizji słynnego filmu Jerzego Zalewskiego o Zbigniewie Herbercie, głównie z powodu jego bardzo ostrych i zasłużonych słów na temat Miłosza i Michnika. To śledcze dziennikarki "Wyborczej" Anna Bikont i Joanna Szczęsna "popisały się" 29 kwietnia 2000 r. obrzydliwym pomówieniem pod adresem Z. Herberta - w rozmowie z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim.
Wybielając PRL i komunizm, A. Holland atakuje rządzącą prawicową elitę za skrajny krytycyzm wobec upadłego systemu, uskarżając się: "(...) życie kilku generacji, których młodość i dojrzałość przypadła na czas PRL, zostało zanegowane. Nagle wszystko, co ludzie tam osiągnęli, zostało odarte z jakiejkolwiek wartości. To potworna kontuzja. A ten stan przeciąga się, bo teraz politycy negują wartości następnych kilkunastu lat. (...) Każda kolejna ekipa neguje wszystko, co było przedtem. Na takiej podstawie nie da się budować niczego mocnego".
Wkrótce potem A. Holland przechodzi do ataku Radia Maryja i jego słuchaczek, stwierdzając: "Irytuje mnie polityka ojca Rydzyka, dziwię się fanatyzmowi 'moherowych beretów', ale nie mogę patrzeć na tych ludzi jak na jakieś insekty".
Jakże cynicznie brzmi po obelgach A. Holland pod adresem rzekomego fanatyzmu "moherowych beretów" jej uspokajające stwierdzenie, że jednak "nie może patrzeć na tych ludzi jak na jakieś insekty"! Trudno w tym kontekście nie zgodzić się z wymową ironicznego komentarza red. S. Michalkiewicza w "Naszej Polsce": "Czy już cała klasa widzi, jaka szlachetna i wzniosła jest Agnieszka Holland? Takie poświęcenie wypada docenić, zwłaszcza kiedy zrozumiemy, że wymaga ono powściągnięcia instynktownej skłonności. W takiej sytuacji jasne jest, że nie wypada już pytać, dlaczego właściwie polityka ojca Rydzyka jest taka irytująca, na czym polega fanatyzm moherowych beretów i co w nim takiego złego, bo każdy chyba rozumie, że wobec Agnieszki Holland powinno przepełniać nas już tylko uczucie głębokiej wdzięczności. Ileż to trudu włożył Stalin i Berman, żeby nauczyć nas tolerancji, ileż kości nałamał Różański z Fejginem, ileż płomiennych artykułów napisał Holland, a ciemna masa po staremu nic nie może zrozumieć, że tolerancja polega przecież na tym, żeby Giertycha nie wpuszczać do szkoły pod żadnym pozorem, że w porządnej szkole tylko mełamedzi...".
"Polska nie jest Europą"
Skrajna tropicielka rzekomego "polskiego antysemityzmu" Agnieszka Holland znana jest z równoczesnego ciągłego nagłaśniania skrajnie negatywnych uogólnień na temat Polski i Polaków. Przeglądałem sporą porcję wywiadów A. Holland dla różnych polskich czasopism i gazet i nigdzie nie znalazłem w nich nawet jednego dobrego zdania na temat Polaków i w ogóle spraw polskich. Tym więcej było tam za to przeróżnych skrajności i fałszywych uogólnień, piętnujących przeróżne polskie zachowania i cechy Polaków. Oto kilka typowych przykładów z wynurzeń tak nagłaśnianej reżyserki filmowej.
W wywiadzie dla "Tygodnika Kulturalnego" z 23 lipca 1989 r. Holland stwierdzała: "Muszę przyznać, że irytuje mnie w polskiej kulturze łatwość, z jaką przychodzi jej eksterioryzacja zła, jej skłonność do obarczania odpowiedzialnością za zło zawsze kogoś z zewnątrz. Ma to konsekwencje we wszystkich dziedzinach życia, także i w sztuce (...). Nieprzyjmowanie na siebie współodpowiedzialności za istniejące zło mści się również w życiu codziennym. Polacy tak się już zżyli z myślą, że winni są INNI - Rosja, komuniści, dziejowe fatum - że stali się niemal niezdolni do stwierdzenia, że robią coś źle, i że powinni robić to lepiej (...). Myślę, że jeśli brać pod uwagę tę specyficznie polską ucieczkę przed odpowiedzialnością i kompletną ruinę etosu pracy, to można powiedzieć, że Polska nie jest Europą".
Jakże podobnie A. Holland atakowała rzekome negatywne cechy Polaków w późniejszym o 17 lat wywiadzie, udzielonym w grudniu 2006 r. dodatkowi "Gazety Wyborczej" - "Wysokim Obcasom". Stwierdzała, tam m.in.: "Polacy mają pewną skłonność do niedojrzałości (...). Łatwo ich zmanipulować ideologicznie. Już kilka razy za to zapłaciliśmy wysoką cenę i płacimy do dzisiaj (...). Polacy nie mieli siły, żeby skonfrontować się ze złem w sobie. Zawsze to zło było eksterioryzowane, zawsze zły był inny, czy to byli Rosjanie, Niemcy, komuniści, czy Żydzi. Teraz się do tego wraca, ekipa PiS trafnie wyczuła, że Polacy są strasznie zmęczeni i mają potrzebę uproszczenia świata i dowartościowania siebie samych. Jedyny sposób to eksterioryzować zło. Ostatnio te kompleksy się wręcz legalizuje, na przykład wprowadzając absurdalny i haniebny artykuł do nowej ustawy lustracyjnej, przewidujący karę więzienia za 'publiczne pomawianie narodu polskiego o zbrodnie' (...)".
Cytowane wyżej kłamliwe stwierdzenia Holland są wprost absurdalne. Wprost szokuje oskarżanie Polaków o to, że dają się "łatwo zmanipulować ideologicznie". Nonsensu tego typu oskarżeń najlepiej dowodzi fakt, że właśnie Polacy dali dużo więcej przykładów oporu przeciwko zniewoleniu komunistycznemu niż jakikolwiek inny naród w Europie i w świecie. Przypomnijmy tylko takie fakty, jak zbrojny opór niepodległościowego podziemia przeciw komunizmowi w latach 1944-1947, powstanie poznańskie w czerwcu 1956 r., październik 1956 r., wystąpienia w Nowej Hucie i szeregu innych miast polskich w obronie kościołów na początku lat 60., bardzo szeroka skala wystąpień w obronie Kościoła katolickiego z okazji Milenium w 1966 r., manifestacje studenckie 1968 r., bunt robotników Wybrzeża w 1970 r., protesty robotnicze 1976 r. w Radomiu i Ursusie, 16-miesięczna epopeja "Solidarności" w latach 1980-1981, strajki robotnicze 1988-1989. Odnośnie do innych zarzutów A. Holland zapytajmy, czy naprawdę trzeba przypominać, że Polacy mieli aż nadto uzasadnione prawo do winienia zaborców za swe krzywdy w ciągu 123 lat niewoli, a nie mieli prawa do oskarżeń Niemców i Sowietów za popełnione na nas zbrodnie? Atakowany przez Holland jako haniebny artykuł ustawy lustracyjnej jest wręcz konieczny w sytuacji, gdy nasilają się coraz mocniej różnego typu antypolskie oszczerstwa w stylu M. Safjana, A. Całej czy M. Cichego.
Dodajmy, że A. Holland do znudzenia powiela swe negatywne uogólnienia o Polakach. W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z listopada 2006 r. znów uskarżała się, że: "Polacy zawsze mieli skłonność do zrzucania winy na innych i nieprzyjmowania odpowiedzialności za własne decyzje".
W ostatnich latach A. Holland wyraźnie zwiększyła swe ingerowanie w sprawy tak wyraźnie nielubianego przez nią kraju. Na przykład wsławiła się mało chlubnym współudziałem w proteście kilku osób sprzeciwiających się wzniesieniu przy placu Grzybowskim w Warszawie pomnika ofiar ludobójstwa dokonanego przez Ukraińską Powstańczą Armię na Kresach Wschodnich. Dla Holland i współuczestników tego niesławnego protestu (m.in. B. Geremka i znanego z antypatriotycznego fanatyzmu "chorego z nienawiści" Tomasza Jastruna), za pomysłem wzniesienia pomnika kryje się intencja "szerzenia nienawiści". Jakoś nikt nie zarzuca tego typu intencji rozlicznym pomnikom w różnych krajach świata ku czci żydowskich ofiar holokaustu, ponieważ byłoby to od razu uznane za coś obłędnego. Tylko Polaków dziwnie atakuje się za chęć upamiętnienia ofiar popełnionego na nich ludobójstwa.
Upowszechniając w swych wywiadach skrajnie uczerniony obraz Polski i Polaków, Holland dziwnie zapomina, że została wylansowana najpierw w Polsce i właśnie tym tak atakowanym przez nią Polakom zawdzięcza swe pierwsze docenienie, zanim została zauważona w świecie. Dosadnie przypomniała o tym Holland i innym "zniesmaczonym polskimi barbarzyńcami" twórcom publicystka Teresa Kuczyńska, pisząc w tekście "Twórcy na kozetce Freuda" ("Tygodnik Solidarność" z 8 grudnia 2006 r.): "Wszyscy polscy twórcy, którzy robili i robią kariery za granicą, najpierw zdobyli uznanie i sławę w kraju. Uznanie tych rodaków, którymi tak gardzą. (...) Zatem panie i panowie twórcy, którzy tak wybrzydzacie na ten kraj, na rodaków. Jeżeli tak plujecie w nich, to plujecie na samych siebie. Bo to oni zrobili z was tych, którymi jesteście. Uznanych pisarzy, malarzy, reżyserów".
Warto przypomnieć tu dość szczególne uzasadnienie A. Holland, dlaczego nie zamierza wrócić do Polski z Francji, gdzie mieszka od 1981 roku. Holland tłumaczyła swą niechęć do powrotu tym, że parę rzeczy przeszkadza jej w Polsce "w sposób dojmujący". A konkretnie: "Przeszkadza mi antysemityzm oraz głupota, cynizm i korupcja polityków". Przypomnijmy więc, że we Francji wcale nie brakowało i nie brakuje korupcji polityków (vide słynna historia samobójstwa premiera Beregovoya, przyłapanego na korupcyjnej aferze, czy pośmiertnie ujawnione nieczyste sprawki jeszcze sławniejszego prezydenta Mitteranda). Co się zaś tyczy antysemityzmu, to we Francji jest on bez porównania większy niż w Polsce (zaznaczył to niedawno b. ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss), jest on nawet chyba najsilniejszy w całej dzisiejszej Europie.
Dobrana "rodzinka"
Skłonność do szukania głównie ciemnych cech u Polaków wyraźnie podziela również siostra Agnieszki Holland - reżyser filmowy Magdalena Łazarkiewicz. Już przed laty napisała na zamówienie niemieckiego (!) producenta Arthura Braunera scenariusz filmu "Pogrom", opartego na wydarzeniach zbrodni kieleckiej z 4 lipca 1946 roku. Oczywiście scenariusz ten był jak najdalszy od przypomnienia roli faktycznych NKWD-owskich i ubeckich sprawców tej komunistycznej zbrodni. Magdalena Łazarkiewicz znana jest również z szukania komercyjnego rozgłosu za wszelką cenę. Słynny był kiedyś jej pomysł na promocję jednego ze swych filmów za pomocą nagłośnienia w ramach reklamy krótkiego fragmentu, nacechowanego ordynarną, obsceniczną erotyką. Kilka stacji telewizyjnych, skądinąd dalekich od prawicy, odrzuciło wymyśloną przez M. Łazarkiewicz reklamę, uznając ja za pornograficzną i wyzutą z wszelkiego gustu.
Do fobii córek Hollanda wyraźnie dostosował się swymi poglądami również mąż Magdaleny Łazarkiewicz - reżyser Piotr Łazarkiewicz. W 1995 r. P. Łazarkiewicz z werwą dołączył się do nagonki na program W. Cejrowskiego "WC Kwadrans", w sposób szczególnie agresywny oskarżając go o krzewienie ideologii faszystowskiej. Jako członek Rady Nadzorczej Telewizji Polskiej SA Łazarkiewicz skierował 10 marca 1995 r. do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji list, którego główne myśli cytuję niżej za artykułem red. Stanisława Michalkiewcza: "Ciemnogród - Jasnogród" ("Najwyższy Czas", nr 8 z 1996 roku): "Wojciech Cejrowski lży i wyśmiewa ludzi o innych niż on poglądach (...). Ulubionym celem prześmiewczych ataków Cejrowskiego są wybrane doniesienia z prasy, głównie zagranicznej - opisujące wszelkiego rodzaju zdarzenia wykraczające poza mentalność kołtuna (...). Co stoi za 'WC Kwadransem'? Mentalność szeroko rozumianego kołtuna (...) tego samego, który jest zawsze wrogiem postępu (...) tego, który sprawia, że ciągle jeszcze istnieją wielkie połacie Ciemnogrodu (...). 'WC Kwadrans' budzi moje najgłębsze oburzenie i wywołuje odrazę. Nie mogę pojąć, jak to możliwe, by w Telewizji Polskiej pojawiła się audycja, której prowadzący w jawny sposób propaguje ideologię f..." (wykropkowanie S. Michalkiewicza).
Atak Piotra Łazarkiewicza na Wojciecha Cejrowskiego został wsparty przez wystosowany również do KRRiT list jego syna Antoniego Łazarkiewicza wraz z 60 podpisami uczniów i nauczycieli liceum, do którego uczęszczał.
Przypomnijmy tu, że Cejrowski zareagował na napaść P. Łazarkiewicza skierowaniem sprawy do sądu. W pierwszej instancji Łazarkiewicz został skazany wyrokiem nakazującym mu przeproszenie Cejrowskiego za "obraźliwe słowa i nieprawdziwe zarzuty". Sprawa ciągnęła się jednak dalej w różnych instancjach i ostatecznie zakończyła uwolnieniem Łazarkiewicza od zarzutów dzięki "odpowiedniej" prawno-politycznej decyzji Sądu Najwyższego.
Podobnie jak żona i szwagierka P. Łazarkiewicz również stara się maksymalnie demaskować rzekomy "polski antysemityzm". Nakręcił w tym celu m.in. film "W środku Europy" na temat pogromu Żydów w miasteczku na wschodzie Polski. W innym filmie "Polowanie na czarownice" Łazarkiewicz piętnował rzekomo "szalejącą" (jak twierdził w dodatku do "Wyborczej") na początku lat 90. w Polsce "dyskryminację i homofobię". Łazarkiewicz "wyróżnił się" również gwałtownym wystąpieniem podczas tzw. Marszu Równości.
Kilka zdań na koniec
Henryk Holland został skrzywdzony i stał się ofiarą tego samego systemu totalitarnego, który współtworzył przez wiele lat, w imię którego sam krzywdził licznych ludzi. Śmierć Hollanda była jakże wielkim zrozumiałym dramatem jego najbliższych, co jednak nie może iść w parze z wybielaniem jego "dokonań" z przeszłości. Trudno pogodzić się z fanatycznymi fobiami, wyraźnie odziedziczonymi po H. Hollandzie przez jego córkę. Agnieszka Holland nie zdobyła się nigdy na spojrzenie z dystansem na stalinowskie poglądy swego ojca, tropiciela "wrogów ludu", ze szczególną zajadłością próbującego zrównać z ziemią dorobek filozofa prof. K. Twardowskiego za jego katolicką wymowę. Agnieszka Holland jest daleka od uznania przykrej prawdy, że jej ojciec, począwszy od swych związków z KPP - partią zdrady narodowej - poprzez powojenne unurzanie w stalinizm, reprezentował w istocie postawę godzącą w sprawy drogie przeważającej części Polaków. Antypolskie i antykatolickie fobie Agnieszki Holland stanowią mało chwalebną kontynuację niektórych fobii jej ojca.
prof. Jerzy Robert Nowak
Alex Lech Bajan
Polish American od 1987 roku
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
EMAIL: alex@raqport.com
WEB SITE: http://raqport.com
Subscribe to:
Comments (Atom)